Z Paryża na polską wieś



Przez 15 lat występowała na deskach paryskich kabaretów. Teraz śpiewa romanse na deskach swojej werandy na małej podlaskiej wsi. Marzy, że uratuje te romanse od zapomnienia, a wieś od architektonicznej zagłady.

Taras spowity jest czarną, rybacką siatką, która oplata go, a zarazem oddziela od pełnego słońca podwórka - niczym teatralna kurtyna. Dom jest ciągle w przebudowie, a w zamyśle właścicielki to miejsce ma w przyszłości czasami przekształcać się w teatralną scenę, na której będzie ona prezentować spektakle, monodramy i śpiewać chętnym stare romanse.
- Bo żeby robić teatr, nie trzeba wielkich sal i ogromnych pieniędzy - przekonuje emerytowana aktorka Marta Ławińska. - Wystarczy jeden człowiek, który ma coś do powiedzenia i grupka ludzi, którzy zechcą go wysłuchać.
Pani Marta raz już występowała na deskach swojej werandy. Na spektakl przyszła cała wieś. W Mętnej nad Bugiem nie ma bowiem zbyt wielu okazji do towarzyskich spotkań, a do najbliższego miasteczka - Mielnika - jest kawał drogi.

Przeszłość, czyli było, minęło

Zanim jednak Marta Ławińska kupiła dom w Mętnej, występowała na deskach teatrów warszawskich, wrocławskich i jeleniogórskich. Potem przez 15 lat mieszkała w Paryżu i występowała w kabaretach na słynnym Montrmartrze. Jej twarz znana jest też z filmów "Nie ma mocnych" i "Kochaj albo rzuć" oraz z serialu "Droga".
O przeszłości jednak mówi bardzo niechętnie. Nie dlatego, że się czegoś wstydzi. Po prostu uważa, że przeszłość nie ma specjalnego znaczenia i nie ma sensu do niej wracać.
- Było, minęło - śmieje się siedząc w pozycji kwiatu lotosu na górnym tarasie swojego domu. - Przeszłość jest tylko budulcem tego czym, a raczej kim jesteśmy w chwili obecnej. Trzeba cieszyć się teraźniejszością i chwilą, w której akurat żyjemy. I zamiast oglądać się za siebie, spoglądać w przyszłość...

Ratujmy studnie, które żyją

A plany na przyszłość pani Marta ma naprawdę śmiałe. W stojącej obok domu-teatru stodole powstanie artystyczna kawiarnia i scena ze specjalną dębową podłogą do nauki stepowania dla młodzieży. Pani Marta gotowa jest prowadzić zajęcia teatralne dla dzieci i przekazywać im tajniki swojego aktorskiego kunsztu. Planuje też wyremontować sąsiadującą ze stodołą, walącą się letnią kuchnię i starą, murowaną piwniczkę. Zresztą, co tu dużo mówić, pani Marta, marzy o uratowaniu wielu starych budynków na polskich wsiach. W tym celu założyła już Fundację na rzecz Godnej Starości i Zachowania Naturalnego Piękna Wsi.
- Razem z kilkoma innymi osobami, które tak jak ja kochają polską wieś, zbieramy środki na ratowanie np. studni, które jeszcze żyją, tzn. mają wodę - opowiada z pasją. - Chcemy też dzierżawić od starszych ludzi niszczejące wiejskie chatynki i obórki i przekształcać je - z zachowaniem starej architektury! - na "kwatery za grosik" dla studentów i turystów. Tym sposobem mieszkający na wsiach starsi ludzie mogliby zarobić trochę pieniędzy, a nam udałoby się uratować stare, niszczejące budynki, których starzy mieszkańcy nie mają już siły pielęgnować. Trzeba bowiem dbać i o budowle, i o ludzi.
Kiedy pani Marta opowiada o wsi i o związanych z nią swoich planach, cała jej twarz promienieje. Aż trudno uwierzyć, że urodziła się w wielkim mieście. I że całe swoje dotychczasowe życie spędziła w metropoliach: Warszawie, Wrocławiu i Paryżu.

Tworzę sobie trudności

Marta Ławińska studiowała w najlepszej, bo krakowskiej szkole teatralnej. Ukończyła ją ze świetnym wynikiem i - choć mogła rozpocząć pracę w najlepszych polskich teatrach - wybrała malutki teatr w Jeleniej Górze.
- Dla mnie zwykłe, ludzkie trudności są za małe, więc ja muszę tworzyć sobie większe! - śmieje się dzisiaj. - Czuję, że żyję dopiero wtedy, kiedy muszę pokonać jakieś straszne przeszkody, które wydają się nie do pokonania. Zagrożenie mnie mobilizuje.
W jeleniogórskim teatrze dostała prawdziwą aktorską szkołę. Teatr był niewielki, więc musiała wcielać się w przeróżne postaci. Po dwóch latach stwierdziła, że już na tyle udoskonaliła swój aktorski warsztat, że może zacząć realizować się w słynnym Teatrze Polskim we Wrocławiu. Tam w 1971 roku otrzymała pierwszą ze swoich największych nagród - "Złoty Ekran" - za najlepszą rolę kobiecą w spektaklu "Sprawa "Po Wrocławiu przyszła kolej na Warszawę i Teatr Powszechny, a potem na Paryż.
- Nigdy wcześniej nie planowałam podbijać francuskich scen teatralnych - wspomina pani Marta. - Jednak pewnego dnia wróciłam po spektaklu do domu, włączyłam telewizor, popatrzyłam chwilę na jakichś spasionych PRL-owców i posłuchałam ich zakłamania i tej koszmarnej hipokryzji i poczułam, że właśnie postawiła się moja "kropka nad i". Poczułam, że już nie mogę dłużej patrzeć na tę duchową nędzę, na to zniewolenie ludzi, na to wmawianie im, że jest dobrze...
W tym momencie poczuła, że w Polsce nie wytrzyma już ani chwili dłużej... Tej nocy miała też dziwny sen. Śniło jej się, że jechała bardzo długimi, ruchomymi schodami i po jednej stronie mijała słynną paryską bazylikę Sacre Ceur, a po drugiej katedrę Notre Dame. Spakowała więc walizkę i wyjechała do Paryża. W ciemno.

Osobowość artysty

Jednak zanim rozpoczęła tam swoją artystyczną karierę, pracowała jako nauczycielka języka rosyjskiego. Na najsłynniejszym francuskim uniwersytecie, na Sorbonie, kontynuowała też swoją pracę doktorską na temat "Osobowość twórcza artysty". Zawsze bowiem interesowało ją, jak to się dzieje, że prosty, wiejski człowiek, który nie umie ani pisać, ani czytać, potrafi namalować obraz, który przez znawców sztuki zostaje oceniony jako arcydzieło...
- Nigdy jednak nie obroniłam tego doktoratu - przyznaje pani Marta. - Bo kiedy już się nad nim napracowałam i stwierdziłam, że jest już w zasięgu mojej ręki, to... przestałam go pragnąć. Taka już jestem. Pragnę tego, o co trzeba walczyć, co wymaga wysiłku, a nie tego, co jest łatwe i dostępne.

Zapach piwnic

Paryż znany jest jako miasto artystów i poetów. Tam też i w pani Marcie odezwała się jej artystyczna dusza. Nie chciała jednak pracować w żadnym z francuskich teatrów, mimo tego, że miała kilka propozycji. Chciała czegoś innego, czegoś nowego... I nie wiedziała, co to miałoby być dopóki nie wciągnęła jej do swego wnętrza pewna francuska piwnica... Któregoś dnia spacerowała ulicami najsłynniejszej artystycznej dzielnicy Europy - paryskiego Montrmartu - i w pewnym momencie poczuła niezwykły zapach, w którym wyczuwalna była nuta wina i orzechów, nuta sztuki, opary perfum i papierosowego dymu i życia artystycznej bohemy. Zapach ów wydobywał się z jednej z licznych na Montrmartrze piwnic, w których kwitnie towarzyskie i artystyczne życie. Weszła tam. Jakiś muzyk coś cicho pogrywał, więc ona podeszła i zaczęła coś nucić. I tak polska aktorka Marta Ławińska zaczęła śpiewać w paryskich kabaretach stare romanse - po polsku, po rosyjsku, francusku... Na tym śpiewaniu zeszło jej 15 lat.

Relaks w piramidce

Do Mętnej sprowadziła się dwa lata temu. W tych okolicach bywała już wcześniej, bo zawsze wiedziała, że zamieszka na polskiej wsi i rozglądała się za jakimś domem. Pewnego dnia koleżanka jej nieżyjącej już mamy dała znać, że w Mętnej jest do kupienia stary, opuszczony dom. Przyjechała, zobaczyła i natychmiast zakochała się i w tym domu i w całej okolicy. Teraz biega po piętrach w swojej kwiecistej sukni i nie może nacieszyć się widokiem rozpościerającym się z każdego z okien. Na górnym tarasie leży ogromna poducha, a obok stoi wygięta z drutów piramidka.
- Tu ćwiczę jogę, relaksuję się, medytuję i doenergetyzowuję - wyjaśnia i po chwili siedzenia w kwiecie lotosu zrywa się na równe nogi i zbiega na dół. Na biurku leżą tomiki wierszy, polskich i francuskich poetów. Tu pani Marta tworzy... Aktualnie pracuje nad monodramem i wybiera wiersze, które będzie śpiewać na zbliżającym się recitalu. Tu pisze też własne wiersze, ćwiczy głos i nuci pod nosem piosenki... I marzy, że uda jej się uratować je od zapomnienia stare romanse, a podlaską wieś od architektonicznej zagłady.

 


 

Dorota Naumczyk, Joanna Klimowicz

 

Gazeta współczesna

17 sierpnia 2006