rozmowa z Andrzejem Mularczykiem

 

Wacław Kowalski i pierwowzór Pawlaka - Jan Mularczyk nigdy się nie spotkali, choć z planu "Samych swoich" do Tymowej nie było daleko. Na pytanie: - Dlaczego? - Andrzej Mularczyk odpowiedział pytaniem: - A co mieliby sobie do powiedzenia?

 

-Nie lubię okresu kręcenia filmu. Nie dość że cierpię, kiedy reżyser "masakruje" mój scenariusz, to jeszcze wszystko tak się wlecze, że wytrzymać trudno.Wbijanie gwozdzia trwa z godzinę, bo albo braknie młotka, albo tego gwozdzia, albo ściany... Ale kiedy pojawiłem się na krótko na planie "Samych swoich" zeskoczył z wagonu Wacek Kowalski, podbiegł do mnie, uściskał i powiedział: Ty sukinsynu! Napisałeś rolę na jaką czekałem całe życie! I ja zrobię wszystko, żeby to zagrać jak najlepiej.Powiedział to z takim ogniem, że pozbyłem się obaw o jego grę.

- Kiedy zginął syn Wacka, a on sam zrezygnował ze sceny i z filmu, pojechaliśmy z Jerzym Janickim do Podkowy Leśnej, by go zachęcić do grania, wyrwać z depresji. Odmówił. Pokazał nam telewizor obrócony ekranem do ściany i powiedział, że to go już nie interesuje. Co z tego , że miał tysiące wielbicieli, setki spotkań z widzami, ludzie go kochali, skoro zabrakło mu czasu, by być przy swoim dziecku, kiedy umierało...A potem, kiedy on sam zmarł, to w Brinowie, gdzie go pochowano, były takie tłumy, że aż trudno uwierzyć. Jego sąsiedzi i widzowie odprowadzali go do grobu. Ale..." z rodziny filmowców" było nas tylko trzech: Jerzy Janicki, Tadeusz Chmielewski i ja.

Nad grobem tragików biją dzwony wielkich kościołów, chylą się sztandary, na czerwonych poduszkacg defilują ordery. Gdy umiera komik, choćby wybitny...

  Mój stryj, Jan Mularczyk, był sołtysem we wsi Boryczówka, pod Trembowlą. Kiedy wysiedlano stamtąd wszystkich Polaków i wywożono na Ziemie Zachodnie, stryj musiał być do końca, jako "gołowa sieła", czyli sołtys. I dlatego jechał pózniejszym transportem z inną wsią. Pociąg się zatrzymał gdzieś w okolicach Tymowej, między Lubinem i Ścinawą. I tam stryj zobaczył znaną sobie krowę z ułamanym rogiem, własność nielubianego sąsiada. Mućkę po prostu. Pomyślał wtedy: - Ot dojechał ja do swoich... I wysiadł, kazał odczepić swój wagon...
  Ta scena, żywcem zapisana w "Samych swoich", jest całkowicie prawdziwa.Kanwa tego filmu jest w ogromnej części opowieścią stryja.Ja jej tylko uważnie wysłuchałem.
  To był "pisarz słowa", z niezwykłym talentem narracji, kultu szczegółu, pamięcią, ale i z wielką dozą ironii. Umiał i lubił pokpiwać sam z siebie, kiedy tylko była okazja. A zawsze ją znajdował.Życie miał tak kolorowe, że wystarczyło tych barw i na film, i na liczne radiowe słuchowiska, i reportaże, jakie powstały wcześniej i pózniej, poniekąd na skutek "Samych swoich".
  Gwoli prawdy - scenariusz filmowy wzią początek ze słuchowiska radiowego, pod tytułem "I było święto". Sam film też tak początkowo się nazywał.
  Zawzięty był mój stryj i piekielnik, więc i Pawlak nie mógł być inny. Ale kochał ludzi, bo serce miał wielkie. I kochał konie. A że był biedny, to pokochał też nie przypadkiem dziewczynę z Boryczówki, bo ładna była i jej ojciec miał stajnię.Kto wie, co zdecydowało o ślubie, uroda dziewczyny czy miłość do koni? Z teściem jednak zgodzić się nie umiał, więc wyemigrował do Argentyny na 12 lat, zarabiać na własne gospodarstwo. Zapowiedział, że nie wróci, póki teść żyć będzie.
  Którejś nocy, gdzieś w argentyjskich pampasach siedział sobie przy ognisku, taki samotny polski kowboj, gdy nadjechał jego capitos, kowboj - brygadzista i dał mu kopertę, a w niej:"...w pierwszych słowach mejego listu podaję ci,że mój ojciec, a teść twój zmarł w piątek, przyjeżdzaj na pogrzeb".Stryj zaplakał nad śmiercią teścia, wstał od ognia i zacął w tej chwili swój powrót do Polski.
  Kiedy już wrócił (było to - oczywiście - już pół roku po pogrzebie) i kupił swoje wyśnione konie, to niedługo pózniej wojna i Sowieci zabrali mu cały majątek, wyszarpywany Argentynie przez tuzin lat.
  Nim to się stało - ocalił ludziom życie ze swojej Boryczówki. Przypadkiem, bo za oceanem nauczył się hiszpańskiego. Kiedy Niemcy przyjechali do wsi na pacyfikację, ich dowódca spytał, kto tu mówi w jakimś innym języku, niż polski czy ukraiński.Stryj przyznał się do hiszpańskiego, Niemiec okazał się być w cywilu... wykładowcą tego języka na jakiejś uczelni. Pogadali i... Niemiec odstąpił od pacyfikacji.
  Porywczy, złapałby kosę i ubił za byle co, ale nie trzymał złości w sobie. Z Niemcem, właścicielem gospodarstwa, jakie stryj zajął po wojnie, utrzymywali długo dobre stosunki. Niemiec przyjeżdzał w odwiedziny do Tymowej, siadywali pod gruszą i gwarzyli o życiu i o swoich bitwach. A stryj je toczył każdego dnia, bo był oplątany konfliktami na skutek swej impulsywności. Wacek Kowalski też był "w naturze" człowiekiem żywym i porywczym, ale jednak nie tak wściekłym, jak na ekranie.
  Scenariusz "Samych swoich" długo nie znajdował poparcia w kilku zespołach filmowych. Dopiero "Iluzjon" się zdecydował. Myślałem że Pawlaka zagra Wojciech Siemion, wówczas najsłynniejszy "filmowy chłop polski".Potem była mowa o Jacku Woszczerowiczu, i innych. Kiedy Sylwek znalazł Wacława Kowalskiego, to pomyślałem, że "utopił" rolę, bo Wacek grał może i w stu filmach, ale nie dłużej, niż po półtorej minuty. Okazało się, że był to "wybór stulecia". Jestem przekonany, że nikt, w całej Polsce nie zagrałby tak Pawlaka, jak on.
  W czym upatruję sukcesu "Samych swoich"? Wraz z wyrazistymi postaciami przenika do świadomości ludzi jakaś cząstka naszej historii. To nie jest komedia omyłek i przebierańców, która może wzbudzić co najwyżej pusty rechot. Prawdziwa komedia musi bawić i wzruszać. Tacy są "Sami swoi". Ale mnie samego dziwi, że przetrwali tak długo, że bawią i wzruszają trzecie pokolenie.