wspomnienia reżysera Sylwestra Chęcińskiego

 

 

  Decydując się na dialekt w "Sami swoi", ponosiliśmy tego konsekwencje. Czasami przez kilka kodzin szukaliśmy odpowiednich słów do poszczególnych kwestii - opowiada Sylwester Chęciński. W przypadku dialektu jest to szczególnie trudne. W którymś momęcie nie spodobało mi się: - Czyś ty zdurniał?! To taki zgrzytający wulgaryzm, nadużywany już w tym filmie. Wacek biegał, wertował słowniki i leksykony, ale nie mogliśmy znalezć żadnego synonimu. Po kilku godzinach na planie w Dobrzykowicach (gdzie kręcono sceny "zagrodowe" filmu "Sami swoi") wszyscy już byli zmęczeni, a słów dalej brakowało. Podszedł do nas jeden z mieszkańców, zaprzyjazniony z ekipą, bo byliśmy tam z miesiąc i dowiedziawszy się o naszym problemie nieśmiało spytał, tym prześlicznym, śpiewnym językiem: - A mogłoby być "czyś ty zaczadział?" Od ręki kupiliśmy tą kwestie.

  Jak pokazać rodzące się uczucia Jadzki i Witii? Sęk w tym że ich intymne spotkanie zdarzyło się w sytuacji, gdy Pawlak wysłał Witie na poszukiwanie ogiera dla klaczy. Między prostotą a prostactwem - tylko krok, tyle samo, ile między dosadnością a wulgaryzmem. Pełni obaw przystąpiliśmy do kręcenia tej sekwencji, efekt mogą ocenić widzowie.W filmie ta scena trwa kilka sekund, pracowalismy nad jej koncepcją kilka godzin...

  Opowiadałem o "Samych swoich" tak wiele razy, że siłą rzeczy muszę sie powtarzać, choć tego nie znosze. Jednak jeśli coraz to kto inny pyta o to samo, (a pytają coraz młodsi), to znaczy, że ten film intryguje coraz to nowych ludzi, którzy mają prawo domagać się odpowiedzi, m.in. ode mnie.
  Usłyszałem historię "Samych swoich" w radiu, w słuchowisku "I było święto" reżyserowanym przez Andrzeja Łapickiego z Wojciechem Siemionem, jako Pawlakiem. Potem trafił do mnie scenariusz filmowy Andrzeja Mularczyka i zobaczyłem, jakie on daje reżyserowi możliwości. Chciałem zrobić ten film, chociaż był to możliwie najgorszy okres dla "komedii wiejskich". Dla komedii w ogóle nie było dobrego czasu, a w tamtych latach - szczególnie .Pierwszym moim kandydatem do roli Pawlaka był Jacek Woszczerowicz.. Nie mógł jednak wystąpić ze względów zdrowotnych. Pawlak Woszczerowicza przypominałby raczej Rejenta Milczka z fredrowskiej "Zemsty"., tłumiącego emocje w sobie, a nie choleryka, jak go zagrał Wacław Kowalski. Nie wiem, czy to byłby gorszy film, ale z pewnością zupełnie inny. Można jednak powiedzieć, że Wacław Kowalski urodził się po to, żeby zagrać Pawlaka. Do czasu "Samych swoich" nie miał większych ról. Po tym filmie stał się znany. Nie otrzymał za tę rolę jednak żadnej nagrody filmowej. Jedyne honory, jakie nań spłynęły pochodziły od widzów.
  Władysław Hańcza pozostał z pierwszej obsady. Miał być partnerem Woszczerowicza. Znany, "afiszowany" aktor był przeciwwagą dla szalejącego na planie Kowalskiego, który zobaczył - słusznie - swoją szansę w tej roli. To Wacek Kowalski przekonał nas do dialektu, gdy wahaliśmy się nad koncepcją sposobu dialoguów. On, niegdyś nauczyciel na Kresach, świetnie znał tamten język, jego muzykę i zaśpiewy. Władysław Hańcza nie mógł opanować tego w czasie kręcenia "Samych swoich".Nie wiedziałem, jak mu powiedzieć, że będę musiał podłożyć cudzy głos, bo nie chciałem go urazić.Los był dla mnie łaskawy, Gdy nagrywaliśmy tzw. podsynchrony Hańcza się rozchorował. Dialogi Kargula przejął nieżyjący już dziś Bolesław Płotnicki. Ale w dwóch kolejnych filmach Władek się spiął, opanował dialekt i Kargul "mówił już swoim głosem".
  Wacka Kowalskiego spotkalem pierwszy raz na planie filmu "Agnieszka 46". Mial tam krótką rolę w scenie bójki społeczności dwóch zwaśnionych wsi. Incydent był dramatyczny, a Wacek mnie w nim śmieszył, wbrew oczekiwaniom i zapisowi scenariusza. Włożył wiele wysiłku, by zagrać tę rolę ponuro, jak trzeba, trochę przeciw sobie. W "Samych swoich" nie musial już hamować swego temperamentu.
  To nie ja odkryłem Lubomierz dla filmu. Widziałem "Wdowę" Kazimierza Kutza i urzeklo mnie to miasteczka, ze swoim maleńkim rynkiem. Jak przyszło do szukania plenerów, to rozglądałem się za miejscem najbardziej odpowiednim, bo każdy reżyser chce odkryć nowe, swoje. Ja też nie jestem wolny od takich ambicji. Ale w pamięci tkwił już Lubomierz i okazało się że nie ma konkurentów. Wiem , że pózniej był kilkakroć "angażowany". Gdyby ktoś obecnie zdołał wykorzystać renesans popularności "Samych swoich" i rozpoczął odbudowę tej pierzeji rynku, która zagrała w filmie, a której już nie ma - byłoby to najpiękniejsze zwieńczenie kariery miasteczka i filmu.
  Nie chciałem krEciC drugiej części "Samych swoich". Broniłem się przez 7 lat, mimo nacisków. Powoływałem się na precedensy, że kolejne części filmu są z reguły słabsze, niż pierwsze, niezależnie od wkładu pracy aktorów, w każdej kinematografii. "Wzieli mnie" podstępem. Andrzej Mularczyk napisał sześć odcinków serialu "Droga". Wiesław Gołas grał tam kierowcę i każdy odcinek opowiadał o jego licznych przygodach w podróży. Scenariusz jednego przewidywał, że kierowca z "Drogi" trafia do obejścia Kargula i Pawlaka... I skończyła się moja obrona. Odcinek został rozpisany na film pełnometrazowy.Jeszcze usłowałem się bronić - zażądałem przedłużenia kontraktu na trzecią część, rozgrywaną w USA. Zjednej strony chciałem tam pojechać, a wtedy było to właściwie niemożliwe, z drugiej - liczyłem, że wizja kosztów takiego filmu przerazi mocodawców i dadzą mi spokój. Powiedziałem: -Albo jeszcze dwa, albo żaden! A oni się - o dziwo - zgodzili, więc powstały "Nie ma mocnych" i "Kochaj albo rzuć".
  Iudzie pytają, czy do "Samych swoich" przykładałem się szczególnie. Powiem uczciwie że nie. Ja do każdego filmu się tak przykładam, jakby mial być moim najważniejszym w życiu.