W Polsce byłbym innym człowiekiem

W Ameryce znalazł swój drugi dom

  W jakiej rodzinie się Pan wychował?

  Mój ojciec przeszedł szlak bojowy z I Armią WP, był komunistą zaangażowanym w budowę nowej Polski. Mama ochrzciła mnie w tajemnicy przed nim. Do końca jego życia nie mieliśmy dobrego kontaktu. Brat z kolei był wysokim oficerem w wojsku. Kiedy po ogłoszeniu stanu wojennego zaangażowałem się otwarcie w pomoc dla opozycji, zdegradowali go i stracił przeze mnie przywileje.

  Ojciec był sekretarzem PZPR W Białogardzie?

  Ojciec pracował dla id Wierzył w to, co głosił. W przeciwieństwie do innych komunistów nie był złodziejem i cwaniakiem. Dlatego też niczego się nie dorobił, nie mieliśmy nawet samochodu. Po latach płakał, gdy zobaczył, że to ja miałem rację.

 

  Skąd Pana poglądy sprzeczne z tymi głoszonymi w domu?

  Trzeba by było być ślepym i głuchym, żeby nie zauważyć, co się dzieje naokoło. Byłem w reprezentacji Polski w judo. Kiedy miałem 16 lat, pojechaliśmy na zawody do Wiednia. Zobaczyłem, że zwykli ludzie maja domy, w sklepach pełno produktów. To w Polsce było nie do pomyślenia. Powoli zaczęły mi się otwierać oczy. Potem zdałem na PWST w Warszawie. Tu poznałem ludzi niezależnie myślących, na przykład Marka Nowakowskiego czy Filipa Bajona.

  Pierwsza Pana rola to Szewczyk Dratewka w szkole podstawowej. Już wtedy wiedział Pan, że chce zostać aktorem?

  Rzeczywiście, spodobało mi się to, że można udawać kogoś innego.

  Uważany jest Pan za dziecko szczęścia, bo już na studiach pojawiają się propozycje angażu do filmu. Rola milicjanta żółtodzioba w pierwszym Pana filmie „Kardiogram” została oceniona bardzo dobrze?

  Zawsze starałem się być jak najbardziej naturalny, nie robić nic do kamery. 

  Pierwsza duza rola pojawiła się w filmie „Nie ma mocnych”. Filarem filmu był Pawlak, czyli Wacław Kowalski, człowiek trudny we współpracy. Bardzo dobrze za to wspominam Kargula, Władysława Hańczę. Cudowny człowiek, który potrafił się wcielić w rolę i chłopa i króla. Przychodziłem do niego po rady. Z kolei z Anną Dymną, moją filmową żoną, przyjażnimy się do dzisiaj.

  Był Pan rozpoznawany. Kobiety za Panem szalały?

  Ludzie kojarzyli moją twarz. Nie zawsze wiedzieli , skąd. Słyszałem na ulicy: „Nie pamiętasz, byliśmy razem w wojsku”. A ja nigdy w wojsku nie byłem. Nie wykorzystywałem powodzenia wśród kobiet, chociaż ktoś powiedział o mnie: polski Marlon Brando. Śmiałem się. Gdybym miał chociaż jego pieniądze.

  W latach 70. zaczyna Pan pisać teksty, śpiewać. Staje się Pan bardem?

  Siłą rzeczy musiało to znalezć gdzieś swoje ujście, jako że brzdąkałem trochę na gitarze, pisałem ballady, większość z nich, niestety, nie do śpiewania publicznie. Spotykaliśmy się z kolegami po domach i śpiewaliśmy. Pamiętam Jacka Kleyffa śpiewającego w hotelu Cracovia, Zębatego u Filipa Bajona w mieszkaniu, Jacka Kaczmarskiego w fińskim domku Jana Pietrzaka na tyłach ambasady francuskiej. Teksty pełne buntu wobec ustroju nie podobały się władzy.

  Był Pan świetnie zapowiadającym się aktorem i nagle zniknął?

  To nie była moja decyzja. Wszystko przez Jaruzelskiego. Nie miałem wtedy mieszkania. Gdybym się zapisał do partii, pewnie dostałbym je od razu. To nie wchodziło w grę. Zrobiłem sobie roczny urlop. Wyjechałem zarobić na mieszkanie. Pojechałem do Francji, Niemiec. Potem do USA. Śpiewałem dla polonii. 13 grudnia 1981 roku miałem koncert. Ktoś przyleciał i mówi: „Jest stan wojenny w Polsce. Nie można się dodzwonić do kraju”. Nigdy nie zapomnę tego koncertu. Tego ponurego klimatu. Śpiewałem balladę o homo-zomo.

  I został Pan w Ameryce. Był Pan barmanem i maklerem?

  W dzień studiowałem reżyserię filmową, w nocy zarabiałem. Musiałem utrzymać rodzinę. Z pracy barmana były spore pieniądze. To był dla mnie teatr jednego aktora. W Ameryce barman odgrywa rolę księdza, psychologa, przyjaciela. Byłem legendą jako barman. Przychodził do mnie syn prezydenta Johna Kennedyego. Rozmawialiśmy o życiu. Podobało mu się, że traktowałem go w specjalnuy sposób. Ten bar był miejscem kultowym. Chociaż wyglądał jak chatka Baby Jagi.

  Póżniej wraca Pan do pracy artystycznej?

  Reżyserowałem programy artystyczne w Nowym Yorku. Przeprowadzałem wywiwdy zpolskimi artystami. Robię teraz filmy o ciekawych ludziach do tej pory nie nagrywanych, na przykład o uciekinierze z getta. Zbieram takie historie, by nie poszly w zapomnienie. Piszę teksty. Od siedmiu lat nie byłem w Polsce. Wybieram się w tym roku.

  Nie żałuje Pan że został na stałe w Ameryce?

  Jestem zadowolony, bo gdybym został w Polsce, byłbym zupełnie innym człowiekiem. Butnym gwiazdorem. Ameryka uczy pokory, dobroczynności. Spotkałem tu wiele życzliwych osób.

 

Rozmawiała P. Gruszyńska-Ruman

Andrzej Wasilewicz i Anna Dymna w filmie Nie ma mocnych