"Sami Swoi": Na czym polega fenomen ulubionej komedii Polaków?


 

- Dopóki między Kowalskim a Hańczą nie rozwinęła się sportowa rywalizacja, ekipa traktowała ten film jako niewiele wartą chałturkę - mówi Dariusz Koźlenko, autor książki "Sami swoi. Na planie i za kulisami komedii wszech czasów".

 

 

 

 

 

Dariusz Koźlenko - reporter przez lata związany z "Newsweekiem", obecnie z tygodnikiem "Polityka". Współautor książki "Leo zawodowiec. Jak Beenhakker zmienił Polaków"

 

 

 

 

 

 



Milena Rachid Chehab: Na promocji pana książki w warszawskim kinie Muranów sala była pełna. Niektórzy w koszulkach z cytatami z filmu. Grupa z Lubomierza, gdzie na pamiątkę kręcenia "Samych swoich" odbywa się co roku Festiwal Filmów Komediowych, przyjechała z kilkumetrowymi figurami Kargula i Pawlaka.

Dariusz Koźlenko : Rzeczywiście oprócz „zwykłych” fanów filmu było sporo takich, dla których „Sami swoi” są naprawdę ważną częścią życia. Był Edward Masłowski z Gostkowic, który kiedyś prowadził piekarnię, potem zamienił ją na pizzerię, a w budynkach gospodarczych zorganizował małe prywatne muzeum filmu. Ma tam m.in. taki traktor, jakim jeździł Zenek, mąż Ani, malucha z „Kochaj albo rzuć”, słynny płotek stojący między obejściem Kargula i Pawlaka, na którym oczywiście wiszą garnki. No i jest tam też salka kinowa, w której o dowolnej porze dnia i nocy można obejrzeć trylogię Sylwestra Chęcińskiego.

Na spotkanie przyjechał także Zbigniew Lew z Koszalina, który wszystko, co związane z filmem, dokumentuje do tego stopnia, że śledzi losy wszystkich twórców i aktorów, a jak ktoś z nich umrze, to on nawet jedzie i fotografuje grób. Wszystkie dane trzyma w zszywce formatu A4, do której cały czas dodaje nowe informacje. Grono takich "pozytywnych wariatów" było jednym z moich największych odkryć.

Na mnie duże wrażenie zrobiła pani, która łamiącym się głosem mówiła, jak ten film podczas każdego oglądania jest dla niej ważny emocjonalnie.

- Zbierając materiały do książki, chciałem zrozumieć, na czym polega fenomen filmu wybranego na najważniejszy film 50-lecia. Do dziś, jak pokazują statystyki, jest on najchętniej oglądanym filmem w polskiej telewizji, wciąż gromadzi ok. 4 mln widzów.

Sylwester Chęciński powtarza, że on co prawda robił komedię, ale z dramatu - dramatu wielkiej powojennej emigracji. Opowiadał, że gdy jeździł na premiery do małych miejscowości, ludzie często reagowali bardzo emocjonalnie, wielu płakało. Odnaleźli w tym filmie losy swoje i swojej rodziny.

Tamta pani też jest dzieckiem ludzi, którzy przyjechali do Polski, więc to doświadczenie przekazywane z pokolenia na pokolenie musi być dla wielu ciągle żywe.

Z kolei Andrzej Ramlau, drugi operator w "Samych swoich", twierdzi, że magia tego filmu to przede wszystkim powiedzonka, które weszły do języka. Z Barei pamięta się raczej cały film, a tekstów takich jak "Łubu-dubu..." wcale nie jest tak wiele. Tymczasem napisane przez Andrzeja Mularczyka dialogi, takie jak: "Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie" czy "Witia wierzchem jedzie. - Nie może być, na kocie?", zna właściwie każdy Polak.



Z początku nic nie wskazywało na to, że "Sami swoi" okażą się takim hitem. Grający Witię Jerzy Janeczek w pana książce przyznaje wprost, że ekipa na początku traktowała ten film jak chałturkę.

- Do tego stopnia nikt sobie nie robił nadziei, że władzom było szkoda kolorowej taśmy i "Samych swoich" nakręcono na czarno-białej, choć była już połowa lat 60. Z punktu widzenia wszystkich twórców była to jakaś prosta komedyjka, do tego wiejska. Elektrycy, oświetleniowcy i reszta ekipy technicznej, którzy zawsze wiedzieli swoje, tu chodzili i mówili, że nic z tego nie będzie. Kufajki, gumofilce, krowy - szare to wszystko i brudne, nie ma o czym gadać. To się udzielało innym. Wszyscy mieli poczucie, że to robota, którą trzeba zrobić i zapomnieć, a że nad wszystkim czuwał Chęciński znany z tego, że wszystko chce zrobić jak najlepiej, to może przynajmniej nie trzeba się będzie tej chałtury wstydzić.

Ale to się zaczęło zmieniać, odkąd zauważono rywalizację między Władysławem Hańczą a Wacławem Kowalskim, to, jak na planie jeden chciał być lepszy od drugiego. Inni aktorzy patrzyli, jak oni przed kamerą zaczynają błyszczeć, i zaczęli myśleć, że coś może z tego wyjść. Stopniowo doszli do wniosku, że w "Samych swoich" warto się pokazać, nawet jeśli jest się już uznanym aktorem i ma się np. na koncie, jak grający tu sołtysa Aleksander Fogiel, sporą rolę w słynnych "Krzyżakach".

Do rywalizacji dołączyła cała ekipa, każdy chciał zabłysnąć, np. asystenci reżysera siedzieli po nocach nad kolejnymi scenami, zastanawiając się, jak jeszcze można ulepszyć dialogi. Na planie zrobiło się ciekawie, ale i tak aż do pierwszych tygodni po premierze nikt nie zdawał sobie sprawy, że będzie to film wręcz przełomowy.



Naprawdę aktorzy grający Kargula i Pawlaka na planie zachowywali się jak ich postacie?

- Prywatnie nie było między nimi animozji, ale na planie pojawiła się sportowa, aktorska rywalizacja. Hańcza już wtedy był uznanym aktorem dramatycznym, grał arystokratów, króla Leara. Kowalski nigdy dotąd nie przebił się z drugiego planu i epizodów. Ale rozkwitł, gdy się okazało, że pochodzi z Gnojna i mówi kresową gwarą zza Buga, do której wszyscy - jak kazał reżyser - musieli się dostosować. Zaczął więc wymyślać, co by tu jeszcze ulepszyć w postaci, wymyślił m.in. ten słynny drobny kroczek. Okazało się, że Hańcza pod względem gwary mistrzowi nie dorównuje. I sam zaczął się dużo bardziej starać.

Dla ekipy to jednak Hańcza był największą gwiazdą, i to jego darzono na co dzień trochę większą atencją. W przerwach między ujęciami miał zawsze zapewniony leżak, żeby mógł odpocząć. Kowalski, dopóki się nie upomniał, musiał się zadowolić co najwyżej krzesłem, przynajmniej póki nie poczuł, że wyrasta na pierwszoplanową postać, i nie zaczął lekko gwiazdorzyć.

Najlepiej obie te postaci oddaje anegdota, którą zapamiętał Chęciński. Kiedyś Kowalski zrobił karczemną awanturę o to, że jego buty są zakurzone i brudne, a przecież ma grać scenę, w której jest elegancki, bo do sądu jedzie. Tak strasznie się złościł, że garderobiane się popłakały. "A co by w takiej sytuacji zrobił Hańcza? - mówi reżyser. - On by pewnie w tych butach przyszedł na plan, założył nogę na nogę i pokiwał nią tak, żebym zauważył, że buty są nie takie, jak powinny. To byłaby cała reakcja Hańczy".

Cichą walkę o uwagę kamery obserwował też szwenkier, czyli drugi operator, Andrzej Ramlau. W ogóle najciekawsze oprócz opowieści reżysera, scenarzysty i aktorów grających Witię i Jadźkę wydają mi się głosy członków ekipy, których zwykle się pomija: kostiumolożki, asystenta scenografa. Dzięki nim udało się np. ustalić, dlaczego tak naprawdę jedna ze scen miała aż 28 dubli .
 

- Ta, w której sołtys grany przez Aleksandra Fogla, przechodzi przez płot. Reżyser twierdził, że za każdym razem chciał wydobyć z niej jakąś konkretną wizję, ale mu się nie udawało, stąd kolejne próby. Ale chyba bardziej prawdopodobne jest to, o czym mówili inni członkowie ekipy, że w ten sposób Chęciński chciał zdyscyplinować Fogla, który dzień wcześniej opuścił plan, bo musiał pojechać na występ w teatrze. Co prawda dostał zwolnienie od kierownika produkcji, ale Chęciński o tym nie wiedział i nagle się okazało, że po południu ma być kręcona scena, a nie ma jej głównego bohatera. Reżysera tak to zdenerwowało, że był bliski wyrzucenia Fogla z planu, ale ponieważ lubił go i już wcześniej pracowali, skończyło się na 28-krotnym szlifowaniu przechodzenia przez płot. Chęciński do dziś twierdzi, że chodziło mu tylko o to, by wydobyć z aktora wszystko, co najlepsze, ale chyba nie do końca tak było.

"Sami swoi. Na planie i za kulisami komedii wszech czasów" to też historia o tym, jak kręciło się filmy w latach 60. Są w książce np. nigdy wcześniej niepublikowane werki, czyli zdjęcia ilustrujące pracę na planie.

- Dzięki nim można lepiej zrozumieć, co znaczyło to, że wtedy na planach filmowych nieustannie panował dyktat pogody. Teraz, jak ekipa ma kręcić, to kręci niezależnie od tego, czy pada, czy świeci słońce. Najwyżej założy się jakieś filtry, a wszystko wyciągnie na etapie postprodukcji. Wtedy jak miało być słońce, to trzeba było na nie poczekać, a jak trzeba było chmurki, to czekało się na chmurkę. Gdy się pojawiała, wszyscy się uwijali jak w ukropie i w wielkim napięciu starano się nakręcić, ile się da. Z drugiej strony - jak nie było odpowiednich warunków, wszyscy czekali i nikt nie robił z tego wielkiego problemu.

Zupełnie inny był też sprzęt. Ważną postacią na planie był szwenkier, który większość dni zdjęciowych spędzał pod czarną płachtą, żeby oko łatwiej się akomodowało, i jako jedyny patrzył na to, co widzi kamera. Dziś monitory przy kamerach są wszędzie, reżyser od razu może zobaczyć na laptopie, co zostało nakręcone. Kiedyś to, co zostało nagrane, widział tylko jeden człowiek i jak on się pomylił, to była tragedia - powtarzanie scen, dodatkowe koszty.

Prawie nie zdarzały się wtedy zdjęcia z ręki, choćby dlatego, że kamera ważyła 30 kg. Ale w "Samych swoich" jest scena nakręcona w ten sposób.

- Tak sfilmowano ujeżdżanie konia na targu przez Witię. Na jednym ze zdjęć, do których dotarłem, widać to dokładnie: Janeczek, czyli Witia, spina konia, obok niego Ramlau manewruje z kamerą, a z tyłu jego asystent trzyma kable i asekuruje, żeby koń go nie kopnął, bo przecież operator widzi tylko wycinek i nie ma pojęcia, co się dzieje dookoła. Jerzy Janeczek do tej sceny przeszedł dwutygodniowe szkolenie w Książu, ale w kluczowym momencie miał go zastąpić dubler. Gdy jednak Chęciński zobaczył, jak Janeczek sobie radzi, stwierdził: "Nieźle. Nie bierzemy kaskadera, niech Janeczek sam wskoczy na tego pędzącego konia". Dziś by to na pewno nie przeszło.

Udało się panu namówić Sylwestra Chęcińskiego do przejrzenia zalegających u niego w piwnicy pudeł z pamiątkami z planu.

- Dla niego niektóre odkrycia też chyba były zaskoczeniem. Oprócz ponad 130 zdjęć z planu znaleźliśmy wielką płachtę, na której reżyser miał dokładnie rozrysowany plan kalendarzowy na każdy z 65 dni zdjęciowych. Dzięki temu można np. ustalić, która scena była kręcona jako pierwsza, za to nie do końca zrozumiałe są rozpisane tam wyliczenia potrzebne do honorariów. Dziś to wszystko załatwiają tabelki w Excelu, wtedy reżyser musiał radzić sobie zupełnie inaczej.

Znalazły się też dwa scenariusze "Samych swoich" (którzy na początku funkcjonowali jako "I było święto"). Ten pierwszy i drugi, który powstał po uwagach komisji oceny scenariuszy. Momentami zmiany były spore, np. miało być znacznie więcej wybuchów. Do tego stopnia te scenariusze się różniły, że - jak zanotował protokolant - jeden z członków komisji zapytał wręcz, czy to ma być komedia czy dramat. Na kolaudacji w "Rzeźni", czyli kinie Kultura, nikt już na szczęście nie miał takich wątpliwości.


wyborcza.pl