"Sami swoi", czyli "podejdź no do płota"

 

  Kiedy Sylwester Chęciński realizował w 1967 roku "Samych swoich", nikt nie przypuszczał, że powstaje jedna z najlepszych komedii w historii polskiego kina.  15 września 2017 roku,  minie 50  lat od premiery kultowej produkcji o rodzinach Pawlaków i Kargulów, którzy latem 1945 roku przybywają zza Buga na Ziemie Odzyskane.

 

 

 A film mógłby nigdy nie powstać... Nie dość, że wiele osób odradzało Chęcińskiemu kręcenie opowieści o niezbyt dobrze widzianej wtedy tematyce wiejskiej, to jeszcze okazało się, że odtwórcy dwóch głównych ról - Wacław Kowalski (Pawlak) i Władysław Hańcza (Kargul) - mają tak różne aktorskie charaktery, że bardzo trudno jest ich zgrać na planie.
   "Kowalski do każdej sceny 'dojrzewał' bardzo szybko, był niezwykle spontaniczny. Hańcza odwrotnie - nim 'dojrzał', Kowalski już zdążył opaść z emocji" - wspomina po latach Sylwester Chęciński.

 

 

Jak to się zaczęło?

 

  Pomysł na opowieść o repatriantach zza Buga Andrzej Mularczyk, pisarz i dziennikarz, zaczerpnął ze wspomnień rodzinnych. Jego stryj, Jan Mularczyk - pierwowzór Kazimierza Pawlaka, był sołtysem we wsi Boryczówka pod Trembowlą. Podczas wysiedlania Polaków na Ziemie Odzyskane stryj pojechał transportem z inną wsią. Wyboru nowego miejsca do zamieszkania dokonał, gdy pociąg zatrzymał się w okolicach Tymowej, między Lubinem i Ścinawą. Jan Mularczyk zobaczył tam krowę z ułamanym rogiem - własność nielubianego sąsiada.

  Na kanwie opowieści stryja Andrzej Mularczyk napisał scenariusz słuchowiska radiowego "I było święto", które wyreżyserował Andrzej Łapicki. Rolę Pawlaka zagrał Wojciech Siemion, o Kargulu bohaterowie tylko wspominali. Sylwester Chęciński usłyszał słuchowisko w radiu, a potem Andrzej Mularczyk przerobił scenariusz z radiowego na filmowy. "Powstała niesamowicie interesująca historia losów, mentalności, kultury. Zobaczyłem, jakie to daje reżyserowi możliwości" - mówi Chęciński.

  I powstała taka oto opowieść... Latem 1945 roku na Ziemie Odzyskane przybywają z kresów dwie skłócone ze sobą od lat rodziny Karguli i Pawlaków, i zajmują sąsiadujące ze sobą gospodarstwa. Tutaj dalej ciągną swoje kłótnie i spory. Przed wojną we wsi Krużewniki Kargulowa krowa weszła na łąkę Pawlaków i to wydawałoby się zwyczajne zdarzenie spowodowało, że spłonęły dwie stodoły, polała się krew i Jaśko Pawlak, uciekając przed karą za pocięcie kosą Kargula, musiał wyemigrować do Ameryki. Tenże Jaśko, a teraz John, przyjeżdża po latach do Polski i dowiaduje się, że jego brat Kazimierz z rodziną żyją w zgodzie ze znienawidzonym sąsiadem. Aby uspokoić wzburzonego Johna, Kazimierz opowiada mu historię pogodzenia się rodzin, w tym zaślubin jego syna, Witi z Jadźką, córką Kargula.

 

 

Skąd wziąć taki duet?

 

  Początkowo rolę Pawlaka miał zagrać Jacek Woszczerowicz, ale z powodów zdrowotnych musiał zrezygnować.

"Potrzebowałem choleryka, kogoś na tyle pobudliwego, że staje się niekontrolowanie szczery. (...) Wacław Kowalski występował w mojej 'Agnieszce 46' i miałem z nim kłopot, bo rozśmieszał mnie w sytuacjach dla filmu dramatycznych. Zdecydowałem się więc na niego i można powiedzieć, że Wacław Kowalski urodził się po to, żeby zagrać Pawlaka. Po tym filmie stał się znany. Nie otrzymał za tę rolę jednak żadnej nagrody filmowej. Jedyne honory, jakie nań spłynęły pochodziły od widzów" - przyznaje Chęciński.

  "Jestem przekonany, że nikt, w całej Polsce nie zagrałby tak Pawlaka, jak on" - dodaje autor scenariusza Andrzej Mularczyk.

  Poza tym okazało się, że Wacław Kowalski cudownie mówi wschodnim dialektem. W przeciwieństwie do Władysława Hańczy, który od początku miał wcielić się w Kargula.

  "Hańcza był przeciwwagą dla szalejącego na planie Kowalskiego. To Wacek Kowalski przekonał nas do dialektu, gdy wahaliśmy się nad koncepcją dialogów. On, niegdyś nauczyciel na Kresach, świetnie znał tamten język, jego muzykę i zaśpiewy. Władysław Hańcza nie mógł opanować tego w czasie kręcenia 'Samych swoich'. Nie wiedziałem, jak mu powiedzieć, że będę musiał podłożyć cudzy głos, bo nie chciałem go urazić. Los był dla mnie łaskawy, Gdy nagrywaliśmy podsynchrony Hańcza się rozchorował. Dialogi Kargula przejął nieżyjący już dziś Bolesław Płotnicki" - przyznaje Chęciński.

 

Gdzie to wszystko powstawało?

 

  80 procent filmu to plenery. Większość scen kręcono w Dobrzykowicach pod Wrocławiem, gdzie znajdowały się zagrody Pawlaków i Kargulów. Scena powitania Johna Pawlaka, brata Kazimierza, powstawała w uzdrowisku Świeradów. A sekwencje w miasteczku kręcono w Lubomierzu. W tej dolnośląskiej miejscowości od lat organizowany jest Ogólnopolski Festiwal Polskich Komedii. Tam też znajduje się muzeum Kargula i Pawlaka, a w nim miedzy innymi słynny filmowy granat i jeszcze słynniejszy płot.

  "To nie ja odkryłem Lubomierz dla filmu. Widziałem 'Wdowę' Kazimierza Kutza i urzekło mnie to miasteczko, ze swoim maleńkim rynkiem. Jak przyszło do szukania plenerów, to rozglądałem się za miejscem najbardziej odpowiednim, ale w pamięci tkwił już Lubomierz i okazało się że nie ma konkurentów" - wspomina reżyser.

 

A co na to prasa?

 

  Na początku film nie był aż tak popularny. Odkryto go dopiero po pół roku od premiery. Rozpoczęły się wtedy dyskusje w telewizji i prasie. Część krytyków zwracała uwagę na kwestie historyczne.

"'Sami swoi' mówią najwięcej prawdy o tych czasach, w których na Zachód szła olbrzymia masa ludzi, zmuszonych wyrokiem historii do oderwania swej świadomości od kategorii Niemna, Prypeci i Dnistru i przestawienia jej na Odrę, Nysę i Bałtyk".

  Znaczna większość pisała jednak o komizmie filmu i brawurowej grze aktorów, nie tylko tych, którzy występują w rolach pierwszoplanowych.

  "Komizm filmu wynika z umiejętnego połączenia trzech elementów: sarmackiej komedii obyczajowej, usytuowania jej w określonych warunkach historycznych i okraszenia tego wszystkiego charakterystyczną kresową gwarą, która - przynajmniej dla uszu współczesnego pokolenia - ma w sobie niejakie akcenty humorystyczne. (...) Na najwyższe uznanie zasługują tu kreacje Wacława Kowalskiego w roli Pawlaka i Władysława Hańczy jako Kargula" - pisał Jerzy Peltz.

  "Nie ma dobrej komedii bez aktorów. Komik może być jeden, albo może działać duet; wówczas musi być zestawiony bardzo starannie i zaskakująco skonstruowany. Tacy właśnie są Wacław Kowalski i Władysław Hańcza, który gra może mniej efektowną, ale kto wie, czy nie trudniejszą partię basso continuo w równym, spokojnym rytmie, ani na chwilę nie fałszując i nie wychodząc z roli. Dzięki temu Wacław Kowalski może rozwijać swe wirtuozerskie partie i posuwać się aż do granic szarży, nigdy ich jednak nie przekraczając" - komplementował film Oskar Sobański.

"Jednym z najsilniejszych atutów tego filmu są dialogi. Język jest tu zarówno nośnikiem idei, jak i komizmu. W obu funkcjach jest łącznikiem z ową wielką narodową tradycją. Ci ludzie wykorzenieni wojną i rzuceni o pół tysiąca kilometrów w obcy świat wiedzą, że zachowają własną tożsamość, gdy uda im się obronić język" - dodaje Sobański.

 

Co dalej? "Film jest dla kogoś"

 

  Twórca filmu, zwany "ojcem kultowej trylogii komediowej", przyznaje, że nigdy nie spodziewał się takiego sukcesu.

"Bardzo chciałem, aby to było śmieszne. Humor w tym filmie polegał na prawdzie. Ludzi, sytuacji, rozmów, zachowań. Na początku jednak film nie był aż tak popularny. Potem nagle zaczęto mnie pytać, dlaczego nie robię drugiej części. Nie bardzo chciałem, ale wywierano na mnie presję" - wyznaje Chęciński.

Na kontynuację losów Kargulów i Pawlaków reżyser zdecydował się dopiero po siedmiu latach. Postawił jednak warunek, że będzie i trzeci film, rewizyta bohaterów w USA, gdzie zawsze bardzo chciał pojechać.

"Liczyłem, że wizja kosztów takiego filmu przerazi mocodawców i dadzą mi spokój. Powiedziałem: 'Albo jeszcze dwa, albo żaden'. A oni się - o dziwo - zgodzili, więc powstały 'Nie ma mocnych' i 'Kochaj albo rzuć'" - mówi Chęciński.

Potem okazało się, że "Nie ma mocnych" (1974) ma większą widownię niż "Sami swoi", a wpływy z filmu są równe połowie rocznego budżetu Komitetu Kinematografii. Popularność serii rosła lawinowo - "Kochaj albo rzuć" (1977) miał już 7 milionów widzów.

  Film "Sami swoi" jest uznawany za jedną z najlepszych polskich komedii, nawiązujących do klasycznych pierwowzorów: "Pieniacza" Krasickiego i "Zemsty" Fredry. W 1969 roku produkcja otrzymała Nagrodę Ministra Kultury i Sztuki II stopnia. Po wielu latach, w 2008 roku twórców uhonorowano Specjalną "Złotą Kaczką 100-lecia Polskiego Kina" w kategorii: "najlepsza polska komedia stulecia" (przyznawana przez czytelników miesięcznika "Film").

 

  "W czym upatruję sukcesu 'Samych swoich'? Wraz z wyrazistymi postaciami przenika do świadomości ludzi jakaś cząstka naszej historii. To nie jest komedia omyłek i przebierańców, która może wzbudzić co najwyżej pusty rechot. Prawdziwa komedia musi bawić i wzruszać. Tacy są 'Sami swoi'. Ale mnie samego dziwi, że przetrwali tak długo, że bawią i wzruszają trzecie pokolenie" - przyznaje Mularczyk.

"Zawsze satysfakcjonowały mnie pełne sale. Wszak film jest dla kogoś. (...) Był czas, kiedy wszystkie trzy części wyświetlano w telewizji po pięć, sześć razy w roku. Czułem z tego powodu tylko strach. Obawiałem się, że oni mi tych 'Samych swoich' zabiją. Że nastąpi przesyt. Ale szczęśliwie tak się nie stało" - dodaje Chęciński.

 

INTERIA.FILM

wrzesień 2012


 



 

Władysław Hańcza i Wacław Kowalski w filmie Sami swoi