Przecie on nasz podlaski, tutejszy



"Sami swoi", "Nie ma mocnych' i 'Kochaj albo rzuć' to filmowa trylogia, którą co najmniej raz widział każdy z nas. Rolę Kazimierza Pawlaka brawurowo zagrał Wacław Kowalski, aktor - o czym nie każdy wie - wywodzący się z podlaskiej ziemi. "Dobrej ziemi", jak sam mawiał.

Znana nam historia rodziny Kowalskich sięga przełomu XIX i XX wieku. Wtedy to pochodząca z okolic Tłuśćca babka aktora postanowiła kupić w okolicach Międzyrzeca Podlaskiego trzy włóki ziemi (1 włóka to ok. 17 ha powierzchni). Finansową transakcję przeprowadziła jednak bez notariusza. Wprawdzie podpisała przygotowany na tę okoliczność dokument, ale następnego dnia przyszedł do niej sprzedający i poprosił o pokazanie umowy, bo podobno zawiera błąd. Gdy ją otrzymał, niespodziewanie wrzucił w ogień. Na rozpaczliwe pytanie: 'A pieniądze?", odpowiedział: "Jakie pieniądze?" i uciekł. Kowalscy zostali bez grosza przy duszy. Wówczas młody Wiktor, późniejszy ojciec Wacława, trafił do Gnojna, skąd dojeżdżał do pracy do Konstantynowa. Terminował u miejscowego kowala o niemiecko brzmiącym nazwisku, w kuźni tuż obok rzeczki. Z czasem zakochał się w mieszkance Gnojna - Natalii, która wkrótce została jego żoną oraz matką czworga dzieci.

"Czort karty rozdaje"

- Najstarsza Jadzia urodziła się w 1914 r. i do dziś żyje w Lublinie. Dwa lata po niej na świat przyszedł Wacek, w 1923 r. Gena, a trzy lata później Józia - wspomina Leokadia Jakoniuk z Gnojna. Doskonale pamięta, jak ostatnia z nich, mając dwanaście lat, utonęła w Bugu. - Wracając z koleżankami z odpustu w kościele w Niemirowie, postanowiła się wykąpać. Mówiłam jej wówczas: "Chodź do domu", ale nie posłuchała. Wróciłam do Gnojna, a niedługo po tym dowiedziałam się, że porwał ją nurt rzeki. Ciało znaleziono kilkaset metrów dalej, koło skarpy - opowiada. Nie była to pierwsza tragedia w rodzinie Kowalskich. Kilka lat wcześniej w młodym wieku zmarł ojciec Wiktor, prowadzący już własną kuźnię, usytuowaną około dwieście metrów za domem, przy drodze w kierunku na Antolin. - Podczas pracy w kuźni odłamek metalu wpadł dziadkowi do oka. Niedługo po przeprowadzonej w Warszawie operacji zachorował na zapalenie opon mózgowych i organizm poddał się. Babcia Natalia została bez środków do życia. Dużą pomoc rodzinie okazywał wówczas ksiądz Kowalik - mówi Jan Bartłomiej Kowalski, syn aktora.
Okazały grób Wiktora Kowalskiego i jego córki Józi znajduje się na cmentarzu w Janowie Podlaskim. Razem z nimi spoczywa od 1986 r. zmarła w wieku 96 lat Natalia. W czasie wojny Rosjanie wywieźli ją daleko na wschód. Tam była przez kilka lat krawcową, po czym przez Azję i Afrykę trafiła do Birmingham. Mieszkała tam do połowy lat 60., by po powrocie do kraju osiedlić się u syna w podwarszawskim Brwinowie.

"Szprync"

Wacław Kowalski, którego najbliżsi nazywali Roch, nie urodził się jednak w nadbużańskiej wsi, tylko w Gżatsku w Rosji. Cofające się pod naporem Niemców wojska rosyjskie zabierały ze sobą rzemieślników. M.in. jego ojca kowala wraz z będącą w ciąży żoną Natalią i malutką córką Jadzią. Na Podlasie powrócili dopiero po zakończeniu pierwszej wojny światowej.
- Wacek był rzutny, wesoły, kontaktowy, sprytny, po prostu do wszystkiego. Przy każdej okazji coś musiał wymyślić. Na andrzejki drzewa ponanosił, sztachety obejmował. Kiedyś zakochał się w córce siostry naszego nauczyciela. Była od niego osiem lat młodsza. Przyszedł do mnie i mówi: "Lodziu, pójdź ze mną. Sam się wstydzę". Później już mnie nie wołał - wspomina, śmiejąc się, Leokadia Jakoniuk.
Pierwszą próbkę aktorskiego talentu Roch ujawnił w sytuacji, w której nie było nikomu do śmiechu. Opowiada o tym Kazimierz Szpura, drugi z jego sąsiadów w Gnojnie.
- Wacek należał do partyzantki i pewnego dnia dwóch Niemców przyszło go aresztować. Akurat byłem w jego w domu. Spał w drugim pokoju. Usłyszał jednak nieproszonych gości, wstał i podciągając portki wyszedł. Gdy Niemiec zaczął mówić do niego na 'ty', Wacek podskoczył do niego i w te słowa: "Jaki ja dla ciebie ty, co za ty?!". Niemca zamurowało do tego stopnia, że nawet się nie ruszył. A Wacek w tym czasie wybiegł i uciekł. Dom rodzinny Kowalskich stał szczytem do drogi. Mieszkanie poprzedzała obora z krową, a daleko za zabudowaniami stała kuźnia, obok której rosły świerki i grusza. - Przy ścianie tuż przy drodze była ławka. Gdy Wacek siadał na niej z gitarą, wokół zbierali się młodzi mieszkańcy Gnojna. A ten śpiewał i rozbawiał wszystkich. Doskonale pamiętam, że często jego matka wychodziła z domu i go uspakajała. A on i tak wszystko obracał w żart. Z kolei podczas wojny Wacek z moim ojcem Stanisławem mieli jakieś partyzanckie tajemnice. Zdarzało się, że gdy przychodził do nas, to ojciec tylko spoglądał na mnie, a ja już wiedziałem, że muszę wyjść - dodaje Szpura.

Pióro i karabin zamiast "tatowego sierpa"

Po ukończeniu szkoły powszechnej, najpierw w Gnojnie (najmłodsze klasy), a następnie w Janowie Podlaskim Wacław uczył się w seminarium nauczycielskim w Leśnej Podlaskiej. Po nim pracował w jednej z wiejskich szkół niedaleko Baranowicz. Później wspominał synowi: "Słuchaj, tam był całkiem inny świat. Z jednej strony bieda aż piszczała, z drugiej następował szybki rozwój rolnictwa. Zupełnie nie rozumiałem polityki polskich władz, szczególnie bezsensownego antagonizowania Polaków z Białorusinami".
Przed kolejną wojną trafił do podchorążówki w Siedlcach. W kampanii wrześniowej zawędrował z gen. Franciszkiem Kleebergiem aż pod Kock. W siedleckiej szkole razem z nim uczył się Wacław Osikowski z Białej Podlaskiej. Wtedy poznał jego siostrę, a swoją przyszłą żonę Stanisławę. Ślub odbył się w bialskim kościele Św. Anny w 1943 r. Zaraz potem razem wyjechali do Konstantynowa, gdzie młody żonkoś rozpoczął pracę przy kolczykowaniu zwierząt.
O dniach przed i po wyzwoleniu tak później opowiadał urodzonemu w 1946 r. w Białej Podlaskiej synowi: "Na podwórko wpadł Niemiec na spienionym koniu i zażądał mydła. Gdy się umył, podjechał samochód i go zabrał. Koń został, lecz nie na długo. Podczas bombardowania zwierzę znikło. Zaraz po tym przez wieś przeszli żołnierze Armii Czerwonej. Gdy wreszcie nastała cisza, wziąłem mamę na rower i ruszyliśmy w stronę Białej Podlaskiej. To, co zobaczyliśmy na trasie, było wstrząsające. Wszędzie leżało mnóstwo zwłok. Poznaliśmy prawdziwy koszmar wojny".

Z "dyplomem"

Po wojnie opuścił Białą Podlaską, gdyż niespodziewanie zaczęły interesować się nim tajne służby.
- Przyjeżdżał bardzo rzadko, ale co roku na Zaduszki odwiedzał z ciocią groby najbliższych - mówi Maria Osikowska, żona bratanka Stanisławy Kowalskiej. Wyjechał do Łodzi, gdzie trafił do konserwatorium. Koniecznie chciał śpiewać, miał ładny głos, grał na instrumentach. Muzycznie był wszechstronnie uzdolniony. Bardzo szybko jego talent dostrzegł Leon Schiller, który poszukiwał śpiewaków do jednego z programów. Po kilku występach reżyser zaproponował podlasianinowi etat. Ten zgodził się.
Duży wpływ na dalszą aktorską karierę Kowalskiego miał, zdaniem jego syna, Kazimierz Dejmek, który zatrudnił go w Teatrze Nowym. Tam grał do 1955 r., a więc do czasu, kiedy zdecydował się przenieść na stałe bliżej Warszawy.
Kowalscy zamieszkali w Brwinowie, gdzie teść Aleksander Osikowski kupił dom. Stamtąd Wacław dojeżdżał do stolicy do teatru. Największą popularność dał mu jednak udział w filmach. Początkowo w rolach drugoplanowych. Widownia kinowa oszalała na jego punkcie do- piero w 1966 r., gdy na ekrany wszedł film "Sami swoi'. Brawurowo zagrana rola Kazimierza Pawlaka szczególnie mieszkańcom Białej Podlaskiej i okolic przypomniała, skąd Kowalski pochodzi. Dużo uroku tej najpopularniejszej polskiej komedii dała bowiem używana przez niego podlaska gwara.

'Podejdź no do płota"

- Gwarę zasugerował tata podczas kręcenia pierwszych scen. A pierwowzorem postaci Pawlaka był Kazimierz Waszczuk z Serpelic, u którego zatrzymywaliśmy się, gdy przyjeżdżaliśmy na letnisko. Tata często się z nim przekomarzał, a później wspaniale go naśladował. Choć w domu mówił czystą polszczyzną, bez żadnych naleciałości. I jeszcze bardziej lubił Podlasie, bo tego regionu przecież trudno nie lubić - opowiada Jan Bartłomiej Kowalski.
Zdobyta po filmie popularność miała nie tylko dobre strony. - W Brwinowie na ulicy tata często słyszał okrzyki w stylu: "Pawlak, podejdź no do płota'. To mogło być fajne raz czy drugi, ale nie cały czas. Widziałem, że go to męczyło. Bo w życiu codziennym nie był taki wesolutki jak w filmach. Pamiętam go jako ojca surowego, wymagającego porządku i utrzymującego z synem dystans. W ogóle nie pił alkoholu. Kiedyś, gdy na jakimś spotkaniu składano się na zakup mocniejszego trunku, dał jak inni pieniądze, a na moje pytanie, czemu sobie nie golnie, odpowiedział: "Słuchaj synu, ja wiem, ilu moich kolegów, dobrych aktorów, zmarnowała wódka. Przez nią zapomina się kwestii, bo ona niszczy pamięć" - wspomina Kowalski. Pamięta, że ojciec mógł mówić przez godzinę bez przerwy. Ba, wszystkie numery telefonów miał w głowie. A ról uczył się w pociągu. Potrafił się wyłączyć i chłonął poszczególne kwestie. - Gdy miał wątpliwości co do ich zagrania, odwoływał się do opinii mamy, która była surową recenzentką. Nas nie pytał o zdanie - dodaje.
Mówiąc "nas", ma na myśli również młodszego od siebie o dziesięć lat brata Macieja, który zmarł nagle w 1982 r., w wieku 26 lat. Wacław bardzo to przeżył. Podobnie jak nasz rozmówca Jan Bartłomiej. Jest lekarzem anestezjologiem. Do aktorstwa ciągnęło go tylko w ogólniaku, dlatego brał udział w szkolnych przedstawieniach. Ostatni raz na scenie występował na studiach. Aktorstwo odradzał mu ojciec, mówiąc, że to okropny zawód, wymagający ciągłego napięcia.

"Koniec świata"

Ostatni raz wspaniałego aktora z Podlasia zobaczyliśmy w roli Ryszarda Popiołka w filmowej sadze "Dom". Dwunasty odcinek telewizyjnego serialu kończy nagła śmierć dozorcy budynku przy ul. Złotej. Tak samo jak nagle umiera Kowalski.
- Tata czasami zgłaszał bóle w okolicy mostka, ale mimo siedemdziesięciu czterech lat był zdrowy. Lubił pracować w domu i ogródku, hodował pszczoły i robił zakupy. Gdy 27 października 1990 r. wpadłem przypadkowo do rodziców, by dowiedzieć się, co u nich słychać, tata drzemał. Wychodząc, spojrzałem na niego przez uchylone drzwi, i coś moim lekarskim oczom zaczęło nie pasować. Podszedłem do niego, poruszyłem. Zobaczyłem, że ciężko oddycha i jest nieprzytomny - opowiada syn. Zanim przyjechała karetka, rozpoczął reanimację. Niestety, Wacław zmarł jadąc erką do szpitala na Banacha. Przyczyną śmierci był udar.
- Do tej pory brakuje mi bardzo ojca, tego wielkiego moralnego autorytetu. Podobnie jak i mamy, która umarła pięć lat temu. Bo moi rodzice bardzo się kochali, zawsze mogłem na nich liczyć i nigdy się na nich nie zawiodłem. To było wspaniałe małżeństwo - mówi, ocierając ukradkiem łzę, Jan Bartłomiej Kowalski.

www.slowopodlasia.pl

W setną rocznicę urodzin Wacława Kowalskiego 2 maja 2016 w Gnojnie  odsłonięto tablice pamiątkową na budynku szkoły, do której uczęszczał aktor.

Tablicę ufundowały władze samorządowe oraz lokalne organizacje turystyczne i kulturalne. Ma przypominać, że nawet w tak zapomnianej dziś miejscowości może wychować się ktoś, o kim przez lata się pamięta.

odsłonięcie  tablicy poświęconej Wacławowi Kowalskiemu w Gnojnej
tablica w Gnojnie Wacław kowalski