Przeboje z Kargulem

wywiad z Sylwestrem Chęcińskim, reżyserem kultowych komedii

- Kargul nie potrafił mówić po kresowemu. I otworzył usta ze zdumienia, gdy pierwszy raz usłyszał Pawlaka. Nikomu nieznany Wacław Kowalski okazał się rewelacyjny - wspomina Sylwester Chęciński, reżyser filmów "Sami swoi", "Nie ma mocnych", "Kochaj albo rzuć".

 

- Zauważyłam, że ma pan w sobie dużą wrażliwość i często się wzrusza. Skoro tak, to co wzrusza pana najbardziej?

- Moja starość. Zauważyłem, że im więcej przybywa mi lat, tym częściej jestem skłonny do wzruszeń.

- Ma to związek z przemijaniem, ze świadomością, że kiedyś trzeba będzie odejść?

- Myślę, że coś w tym jest... Wie pani, to taka starcza cecha, którą staram się bardzo ukryć.

- Nigdy wcześniej pan się nie wzruszał?

- Wzruszałem, ale bardzo kontrolowałem te wzruszenia i starałem się ich specjalnie nie pokazywać. A w tej chwili tak się staram, a wychodzi wręcz odwrotnie.

- Wzruszeń nie należy się wstydzić. Człowiek wrażliwy to człowiek o pięknym i bogatym wnętrzu.

- I bardzo proszę, żeby pani w tym przekonaniu pozostała.

- Reżyserowi, który często się wzrusza, chyba trudniej robić filmy.

- To jest także poznawanie świata i kontakt z tym światem. I bez względu na to, kto z nas jaką funkcję pełni, ta wrażliwość ma w życiu każdego ważne miejsce. Mnie ona nie przeszkadza.

- A ja sądziłam, że reżyser to ktoś o twardej skórze, który mocno stąpa po ziemi. Bo przecież ma do ogarnięcia cały sztab ludzi, w tym aktorów, którzy przecież bywają różni, często chimeryczni. Nie musiał pan czasami tupnąć nogą, ochrzanić...

- Reżyser to mieszanina kaprala i generała. W jednych jest więcej kaprala, w innych generała. A ja zawsze starałem się - i to bez większego wysiłku - być tym pierwszym. Miałem szczęście do ludzi, z którymi współpracowałem, a zwłaszcza do aktorów, którzy dość szybko wchodzili w swoje role. I robili to bardzo naturalnie. No, choć niektórzy mieli z tym troszeczkę problemów. Wybitny już w tamtych latach aktor teatralny Władysław Hańcza, który zagrał u mnie Kargula, od początku miał kłopoty z przyswojeniem dialektu. Kompletnie sobie z tym nie radził, nie potrafił mówić po kresowemu. I otwierał usta ze zdumienia, słysząc jak bez problemu radzi sobie z tym mało wówczas znany, ale rewelacyjny Wacław Kowalski. A propos, pierwotnie rolę Pawlaka miał zagrać zupełnie inny aktor. I chyba dobrze, że tak się nie stało.

- Pozwalał pan aktorom na swobodne improwizacje, czy musieli sztywno trzymać się dialogów i scenariusza?

- Jak tylko widzę, że aktor czuje podobnie jak ja, to nie tylko go nie gaszę, ale wręcz przeciwnie - inspiruję w tym kierunku i próbuję wspólnie z nim zrobić to, co potem ludzi wzrusza. W "Samych swoich" też tak było, nie tylko z aktorami, ale z całą ekipą. Bo jednak tak to jest pomyślane w tym zawodzie, że na planie filmowym scenograf, kompozytor, aktor wynajęci są na godziny. I oni w ciągu dnia mają określony przedział czasowy do wypełnienia. Natomiast reżyser wynajęty jest do wszystkiego, od początku do końca. To bardzo ciężka praca, także fizycznie.

- Na spotkaniu z mieszkańcami Zielonej Góry podczas festiwalu Quest Europe mówił pan, że po szczeblach drabiny wchodzi się bardzo trudno, a spada się szybko i okropnie. Myślę, że pan na tej drabinie trzyma się mocno.

- Jak sobie uświadomię, że mam tyle lat, ile mam, i że zrobiłem tak niewiele filmów... Żałuję, że mam ich tak mało. I choćby dlatego uważam, że po tej drabinie nie wszedłem zbyt wysoko.

- Ale jakie to filmy! "Samych swoich" uznano przecież za komedię stulecia. Nie sztuka zrobić setki filmów, o których nikt nie mówi, nikt ich nie pamięta. Sztuką jest zrobić jeden film, który zapada w pamięć wielu pokoleniom. Wielki twórca nie rozmienia się na drobne.

- Oj, chciałbym, żeby pani w tym przekonaniu pozostała.

- Cóż za skromność! A może kokieteria? Przecież pan doskonale wie, że trylogia, którą pan zrobił, weszła do kanonu filmów kultowych i zna ją kilka pokoleń Polaków. A pan już jest żywą legendą kina polskiego i dzięki tym filmom za życia trafił do wieczności.

- To, co pani mówi, słucha się z frajdą, jest miłe. Ale ten zdrowy odruch, który we mnie siedzi, pozwala mi skwitować tę laurkę śmiechem. I mam nadzieję, pani się za to na mnie nie pogniewa.

- Gdzieżbym śmiała... Mówi pan: zrobiłem mało filmów. I taki żal wyczuwa się w pańskim głosie. Ale to przecież pan o tym decydował. Po "Samych swoich" mógł pan iść jak burza.

- I to był mój błąd, bo rzeczywiście mogłem jednak kręcić więcej. Przecież nie wiedziałem, że z filmów, które zaczynałem robić, wyjdzie coś naprawdę fajnego. To nie tylko moja zasługa, ale aktorów, scenografów, ludzi, którzy współpracowali ze mną na planie. Przecież "Historia żółtej ciżemki" bez Skarżyńskich nie byłaby sukcesem. Podobnie cała trylogia "Samych swoich" bez Hańczy, Kowalskiego, Ani Dymnej też mogłaby nie mieć takiego powodzenia. Oczywiście, mam świadomość tego, co sam zrobiłem, ale mam też ogromne poczucie sprawiedliwości, że nie tylko ja się do tego przyczyniłem. Nie mogę zawłaszczać całego filmu, że to wszystko to tylko ja i ja... Nie! Ja bym nic nie zrobił bez tych wspaniałych ludzi, z którymi się zetknąłem.

- To pokora?

- Nie. To świadomość rzeczywistości.

- A jak żyje się ze świadomością, że dzięki tym kilku komediom przeszedł pan do historii kina? Jakie to uczucie?

- Paraliżujące. Bo to właśnie ta drabina, o której mówiliśmy. Na początku nie chciałem robić ani drugiej, ani tym bardziej trzeciej części "Samych swoich". Bo wiedziałem, że spadnę. Bałem się, że nie podołam, że nie dam rady, że zrobię coś gorszego, że ta komedia już nie będzie taka śmieszna. Uciekałem więc w dramaty, kryminały, próbowałem nie dać się zaszufladkować. "Nie ma mocnych" musiało poczekać aż siedem lat, nim podjąłem to wyzwanie, a "Kochaj albo rzuć" - kolejne trzy. I tak jakoś wyszło, że jednak udało mi się przemycić ten specyficzny humor, dowcip, że to w końcu nie były najgorsze filmy. Ale podkreślam: to nie tylko moja zasługa. Od Wajdy wiele się nauczyłem (Chęciński był drugim reżyserem przy filmie "Lotna" - dop. red.). Podpatrywałem, jak on traktuje swoich asystentów, aktorów, jak umie z człowieka wyciągnąć to, co jest w nim najciekawsze. Więc ja próbuję trochę naśladować mistrza.

- Pracuje pan teraz nad jakimś filmem? A może jest taki film życia, którego pan jeszcze nie nakręcił?

- Chciałbym zrobić film i siedzi to we mnie do tego stopnia, że jest mi wszystko jedno o czym. Byleby to był film, który nie pozwoli mi spaść, że nie będzie gorszy od tych, które zrobiłem do tej pory. W każdej chwili jestem skłonny coś wyreżyserować. Czekam jednak na scenariusz, który da mi takiego kopa, jak mi dawały te, które skończyły się tak, jak się skończyły. Ale mam też świadomość, że czasu pozostało mi niewiele. Jestem dziś bardziej skłonny do refleksji, bo to już ten wiek, w którym człowiek zaczyna zastanawiać się nad własnym życiem.

- Cofamy taśmę i co? To życie było udane, dobre, raz jeszcze poszedłby pan tą samą drogą?

- Wydaje mi się, że tak. Tak. Chciałbym robić to, co robiłem, a więc od czasu do czasu kryminały, dramaty czy filmy wojenne. Ale przede wszystkim komedie. Bo nic nie daje takiej radości człowiekowi, jak fakt, że widzi, że jest potrzebny, że to, co robi, ma odzew, że inni to doceniają.

- Pan lubi się śmiać?

- Lubię.

- Na własnych filmach też?

- Nie bardzo. Pani mnie swoimi pytaniami stawia w takiej sytuacji, że sam łapię się na tym, że próbuję się krygować, żeby nie wyszło z tej rozmowy, że jestem straszny krętacz. Pani mnie tak ustawia, że ja nie mam innego wyjścia... Bez przerwy mi powtarzają - i pani także - że jestem skromny. A ja wcale taki nie jestem.

- Jest pan człowiekiem z wadami, jak każdy z nas. A ta największa

- Gadulstwo.

- Reżyser musi dużo gadać.

- No, to może lenistwo.

- Boi się pan śmierci?

- Coraz mniej się boję. Bo jak każdy mam taką refleksję, że zbliża się kres, finisz... I ja tę konieczność odchodzenia coraz bardziej rozumiem.

- A zastanawiał się pan, co jest po drugiej stronie?

- Tak. Ale to temat na zupełnie inną rozmowę.

 



Danuta Kuleszyńska

Gazeta lubuska

Sylwester Chęciński