Nie ma mocnych na samych swoich



Jak urządzić festiwal filmowy w mieście, w którym nie ma kina

  Na co dzień w Lubomierzu wcale nie jest zabawnie. Z miejscowych zakładów nie splajtował jeszcze tylko tartak. Bezrobocie sięga 37 procent. Liczące 1846 dusz miasteczko może pochwalić się metryką sięgającą czasów piastowskich, ale nie stać go na odnawianie zabytków. Barokowe kamieniczki rozpadają się jedna po drugiej. Szyny zlikwidowanej linii kolejowej zarastają trawą. Jest jednak coś, czego sąsiednie gminy bardzo zazdroszczą lubomierzanom. To tutaj powstały najpopularniejsze polskie komedie: Sami swoi, Nie ma mocnych, Kochaj albo rzuć.

Raj utracony

  Pierwszym reżyserem, który poznał się na urodzie miasteczka nad Oldzą (przez miejscowych nazywaną Smródką), był Kazimierz Kutz. W 1958 roku nakręcił tutaj jedną z trzech nowel, składających się na film Krzyż walecznych. Nowela nosiła tytuł Wdowa, a główne role grali Grażyna Staniszewska (Danusia z Krzyżaków) i Zbigniew Cybulski. Potem była "zabużańska trylogia", Maratończyk Marka Ciecierskiego, Kocham kino Piotra Łazarkiewicza i Zakład Teresy Kotlarczyk. Dziesięć lat po Kutzu Lubomierz opanowali filmowcy sowieccy. Ponieważ akcja okupacyjnego dramatu Daleko na Zachodzie rozgrywała się w południowej Francji, udekorowali domy w rynku sztucznymi winoroślami. W 1964 roku w pobliskim zamku Czocha powstała komedia "Gdzie jest generał" Tadeusza Chmielewskiego. Z tamtych czasów lubomierzanom pozostały barwne wspomnienia i duma z faktu, że prapremiera Samych swoich odbyła się w miejscowym kinie "Raj". Filmy Chęcińskiego przełamywały barierę milczenia wokół powojennych przesiedleń. Kto jak kto, ale ludzie, którzy przyjechali na Dolny Śląsk z Wołynia i Podola, potrafili to docenić. Kiedy w 1992 roku w Lubomierzu zaczęto wydawać lokalną gazetę, wybrano dla niej tytuł Sami swoi. Do lokalu redakcji, mieszczącej się w XVI– wiecznym Domu Płóciennika, spływały pamiątki związane z realizacją "zabużańskiej trylogii". Tak narodziło się Muzeum Kargula i Pawlaka. W lipcu 1996 roku po uroczystym odsłonięciu drewnianych rzeźb patronów placówki na rynku odbyła się specjalna projekcja Samych swoich. Rozanieleni widzowie chóralnie powtarzali kwestie padające z ekranu. Organizatorzy imprezy: Olgierd Poniźnik, Jadwiga Sieniuć i Waldemar Wilk zrozumieli, że grzechem byłoby zmarnować ten kapitał i postanowili urządzić w przyszłe wakacje ogólnopolski festiwal komedii. Pomysł wydawał się dość karkołomny, zważywszy, że większość filmów kręconych nad Wisłą to kryminały, a z kina "Raj" pozostał tylko wysłużony projektor i dziewięć drewnianych krzesełek. Ale wcielono go w życie. Do Lubomierza zjechali Sylwester Chęciński, Witold Pyrkosz i… Waldemar Pawlak, który, ubiegając się o fotel prezydenta, odkrył w sobie duchowe pokrewieństwo z bohaterami Samych swoich. Dalej poszło już z górki. Ulica Małgorzaty Fornalskiej, komunistki i kochanki Bieruta, zyskała nowych patronów: Kargula i Pawlaka. Nazwę "Sami swoi" otrzymały: woda stołowa, gminny autobus, zespół muzyczny i ogródki działkowe. Powstało też biuro porad prawnych "Kargulex". Przy okazji policzono Pawlaków i Karguli. Okazało się, że tych pierwszych mieszka w całej Polsce aż 65 tysięcy. Karguli jest znacznie mniej, bo tylko 2100.

Pojednanie przy płocie

  Muzeum Kargula i Pawlaka rozrasta się z każdym sezonem. Za jedyne dwa złote można obejrzeć tutaj takie eksponaty, jak: walizka, z którą Jasiek przyjechał z Ameryki, kanka, z której polewali sobie bimberek w stodole, torebki Marii Pawlakowej, kapelusz Kargula, kosa, którą rzeczony dostał po plecach od Jaśka, łóżko, w którym babcia Pawlakowa jechała główną ulicą Lubomierza, książeczkę, z której korzystał niemiecki ksiądz spowiadając ją, rower wymieniony na kota, pług, którym Kargul zaorał w Krużewnikach ziemi "za dużo o trzy palce" oraz resztki słynnego płotu. Ten ostatni eksponat podstępem sprowadzono do Lubomierza z podwrocławskich Dobrzykowic. Tak naprawdę, to tam Chęciński nakręcił większą część filmu. Dobrzykowiczanie mają żal do lubomierzan, ale sami są sobie winni. Nie popisali się refleksem, więc teraz musi wystarczyć im tablica pamiątkowa. Aby zapobiec niesnaskom, tegoroczny festiwal zaczął się od uroczystego pojednania między sołtysem Dobrzykowic a burmistrzem Lubomierza. Sceptycy twierdzą jednak, że była to tylko komedia. Przybysze spod Wrocławia musieli chyba ciężko wzdychać, gdy obserwowali tłumy szturmujące miasteczko nad Oldzą. W tym roku noclegi trzeba było rezerwować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Autokary dowoziły wczasowiczów z sudeckich kurortów, przy wjazdach na parkingi tworzyły się gigantyczne korki. Popołudniami na rynku i w jego najbliższych okolicach nasycenie elementem ludzkim osiągało wskaźniki charakterystyczne dla Kalkuty.

Siła hipoterapii

  Na czas festiwalu Lubomierz zmienił skórę. Bank Spółdzielczy przechrzczono na "Vabank", ratusz na "Kogel Mogel", siedzibę policji na "13. posterunek". Na bramie dawnego klasztoru zawisł napis "Seksmisja", co można traktować jako spóźnioną zemstę mieszczan na benedyktynkach, które niegdyś w ramach pokuty nakazywały grzesznikom fundować kapliczki i krzyże (jest ich pełno w okolicy). Na głównej ulicy, na czas festiwalu zamienionej w deptak, wystawiono drogowskaz kierujący do Hollywood, Cannes, Wenecji, Gdyni i Karlowych Warów. Barokowe kamieniczki zniknęły pod płachtami krzykliwych reklam (w rewanżu sponsorzy mają je odrestaurować). Nie da się ukryć, że lubomierska impreza bardziej przypominała ludowy festyn niż festiwal filmowy. Na estradzie produkowały się kabarety, parodyści, kapela góralska, orkiestra górnicza, zespoły amatorskie i profesjonaliści (Skaldowie, Hanka Bielicka, Hanna Banaszak, Ryszard Rynkowski). Ulice i place wypełniły dziesiątki straganów oferujących: atrapy granatów, miniaturki płotu i "ziemię krużewicką" w woreczkach (zdaje się, że podobnego pochodzenia, co ta filmowa). Goście festiwalu spowici w kłęby siwego, gryzącego dymu zajadali się potrawami z grilla. Dzieci wymachiwały balonikami w kształcie telefonów komórkowych. Kogo znudziły występy estradowe, miał do wyboru: wesołe miasteczko, przeloty samolotem nad Lubomierzem, pokazy "ujeżdżania, hipoterapii i woltyżerki", przejazdy zaprzęgami i lokomotywką. Mimo że w podcieniach serwowano piwo i wino w cenach promocyjnych, nie doszło do większych awantur. Organizatorom udało się nadać festiwalowi charakter rodzinnego święta. Hordy podpitej młodzieży, które są zmorą większości imprez masowych w Polsce, grasowały gdzie indziej. Być może zniechęcająco podziałała na nich wieść, że do pilnowania porządku w Lubomierzu zaangażowano także Straż Graniczną.

Na gwiezdnym szlaku

  O randze imprezy decydują goście. W tym roku nad Oldzę jako pierwsi zawitali Zbigniew Buczkowski, Andrzej Kopiczyński, Paweł Burczyk i Artur Barciś (uwielbiany tutaj nie jako aktor Kieślowskiego, lecz gwiazda serialu Miodowe lata). Najbardziej — co zrozumiałe — fetowano Sylwestra Chęcińskiego i scenarzystę Andrzeja Mularczyka. Ponieważ obu panom w tym roku stuknęła siedemdziesiątka, musieli zdmuchiwać świeczki na wspólnym urodzinowym torcie, przedzielonym symblicznym płotkiem. Scenarzysta Samych swoich wyznał ze skruchą, że nie był entuzjastą obsadzenia w roli Pawlaka Wacława Kowalskiego. Dzisiaj się tego wstydzi. Katarzyna Figura, anonsowana jako "największa gwiazda polskiego kina", wpadła na scenę z półtoragodzinnym opóźnieniem, w wymiętej białej halce i obłędem w oczach. Przed łowcami autografów broniło jej sześciu ochroniarzy. Julia Roberts, której film Notting Hill wybrano najlepszą komedią zagraniczną sezonu, nie przyjechała. Pewnie obawiała się konfrontacji z Figurą. Cezary Pazura, urobiony po pachy przy kampanii prezydenckiej Aleksandra Kwaśniewskiego, znalazł jednak czas na wizytę w Lubomierzu. Tomasz Kamel i Maciej Orłoś łączyli przyjemne z pożytecznym, występując na zmianę jako gwiazdy festiwalu i jego konferansjerzy. W zabawianiu publiczności bił ich jednak na głowę burmistrz Poniźnik ucharakteryzowany na Flapa (inne jego wcielenia to szeryf z Dzikiego Zachodu i szlachcic–Sarmata). Na miejscu prezesa TVP natychmiast wymieniłbym go na dwóch wspomnianych panów, choć nie jestem pewny, czy Lubomierz dobrze wyszedłby na tej roszadzie.

 

 

Wiesław Chełminiak

 

Kultura