Dlaczego z karabinu zamek wylatał, czyli rzecz o losach Pawlaków i Karguli

Sami swoi” mają się znakomicie. Tak naprawdę to rodzina Mularczyków, która z Kresów została przesiedlona na Dolny Śląsk. Odwiedziłem ich na XX Zjeździe Boryczowian, który odbył się w Rudnej.


Oglądaliście „Samych swoich”? Racja, głupie pytanie...


Zacznijmy raz jeszcze: wieciee, dlaczego Pawlakowi „zamek z karabinu wylatał”? A gdzie Andrzej Mularczyk, scenarzysta polskiej komedii wszech czasów, usłyszał „Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”? Można powiedzieć, że pomysł na film narodził się w Tymowej koło Lubina, gdzie osiadł po wojnie jego stryj, Jan, genialny gawędziarz. I – co najważniejsze – pierwowzór filmowego Kazimierza Pawlaka.


– Stryj Andrzej przyjeżdżał do dziadka Jana do Tymowej i przez kilka lat nagrywał jego wspomnienia – mówi Anna Krepska, wnuczka Mularczyka vel Pawlaka, filmowa Ania. Jak dodaje, pierwsza część sagi Pawlaków i Karguli przynajmniej w 80 procentach pokazuje przeżycia i wydarzenia jej rodziny. Bardzo rozległej rodziny, dodajmy.


Gdy więc dowiedziałem się, że Mularczykowie z Polski pojawią się na Zjeździe Boryczowian w Rudnej, wiedziałem, że muszę tam być. I dowiedzieć się np. tego, czy rzeczywiście Kargul z Pawlakiem toczyli wojnę o... kota. Co mają z tym wspólnego boryczowianie? Właśnie z Boryczówki na Kresach Wschodnich Mularczykowie i kilka innych rodzin po wojnie wyjechali w okolice Lubina i tu osiedli. Można powiedzieć, że Boryczówka to w filmie Krużewniki, do których wracał w myślach Kazimierz Pawlak.


Witia Pawlak (wyglądając przez okno pociągu) O, człowiek!


Kazimierz Pawlak: E tam, człowiek, musi jakiś tutejszy.


W sobotnie popołudnie pojawiam się na XX Zjeździe Boryczowian. Nie ma szans wmieszania się w tłum – w sali, w której właśnie podano obiad, jest 140 osób (duża część to Mularczykowie), ale wszyscy się znają. Widać, że ja jakiś „obcy”. Szczęśliwie pomaga mi Michał Mularczyk, wnuk jednego z Mularczyków, którzy zjechali na Dolny Śląsk, prywatnie archeolog z Lubina. Żebym nie był zupełnie „zielony”, prezentuje mi starannie rozrysowane drzewo genealogiczne.


– Protoplastą rodu był Grzegorz Mularczyk, który urodził się w 1768 roku, a w 1792 przyjechał do Boryczówki i podjął pracę w klasztorze Ojców Karmelitów. Miał 7 synów, powstało 7 rodów, my wywodzimy się od Bartłomieja – wyjaśnia, nie szczędząc przy tym rodzinnych anegdot. – Jestem jedynym człowiekiem, który zna wszystkich, u wszystkich byłem. Ostatnio odwiedziłem stryja Romana Bratnego, brata Andrzeja Mularczyka. Siedzi na Mazurach i ogląda mecze – opowiada z uśmiechem.


Gdy jednak niecierpliwie zaczynam dopytywać, który Mularczyk był pierwowzorem


konkretnych postaci filmowych,  gwałtownie powstrzymuje moją ciekawość: – Czasami kilka osób przyznaje się do bycia pierwowzorem jednej postaci. Ale powinien Pan wypytać o to wszystko stryja Józefa – on jedyny to wszystko dokładnie pamięta i nikt nie jest w stanie zakwestionować tego, co mówi – śmieje się. Stryj Józef jest synem Jana, z opowieści którego zrodzili się „Sami swoi”. I, jak się okazuje, pierwowzorem Witii, a właściwie jednym z pierwowzorów, bo na filmowe losy Witii złożyły się też doświadczenia Stanisława, drugiego z synów Jana.


Leonia Pawlak: Swoi? Kargul to wróg największy!


Kazimierz Pawlak: Wróg? A wróg! Ale mój, swój, nasz – na własnej krwi wyhodowany!


To była znakomita podpowiedź, bo „stryj Józef, czyli Józef Mularczyk to prawdziwa skarbnica wiedzy. Chętnie zgadza się na wyjaśnienie moich wątpliwości (...).


Najpierw wyjaśnijmy jedną ważną sprawę: czy rzeczywiście Pawlakowie (Mularczykowie) spotkali na Ziemiach Odzyskanych swojego „ukochanego wroga”, Kargula?


– Rzeczywiście, mieliśmy takiego sąsiada, z którym ojciec się często kłócił, ale ten człowiek nie pochodził z Boryczówki – tłumaczy 92-letni pan Józef. Trochę to dziwne, bo chwilę wcześniej słyszałem od innego członka rodziny, że wzorcem Karguli była rodzina Mokrzyckich, która pochodziła z tych samych stron, co Mularczykowie... To jednak nie zmienia postaci rzeczy – było to gorące sąsiedztwo. – Nigdy nie było też żadnego „Kargul, podejdź no do płota”. To już Andrzej (Mularczyk – scenarzysta „Samych swoich” – przyp. M.S.) wziął od kogoś innego. Nie było też straszenia kosą za to, że Kargul podorał trzy palce naszej miedzy. To znaczy rzeczywiście chodziłoo skrawek trochę szerszy niż trzy palce ziemi, ale wtedy w ruch poszedł bat do poganiania koni. Sąsiad tym batem od ojca oberwał – śmieje się Józef Mularczyk. I dodaje, że po tym zdarzeniu przyjechały w odwiedziny do ojca jego cztery siostry i, gdy się o tym dowiedziały, nakrzyczały na Jana Mularczyka: – „Jasiu, jak ty mogłeś batem tego Jasia (bo sąsiad też był Jasiu) potraktować?!”. Bardzo im się to nie podobało – mówi pan Józef.


Prawdą jest za to, że jeden z synów Jana rozpoznał z okien pociągu, którym rodzina przyjechała na Dolny Śląsk, Mućkę, krowę sąsiadów. Tyle że zwierzę nie było czarno-białe. – Powiedziałem Andrzejowi: „Słuchaj, gdyby Mućka była czarno-biała i pasła się w stadzie podobnych krów, nigdy by nie poznał! To była krowa cała biała, tylko na głowie i uszach miała cętki brązowe wielkości pięści. W kolejnym wydaniu książki „Skąd się wzięli Sami Swoi” już to poprawił – tłumaczy Józef Mularczyk (...).


Leonia Pawlak: Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie.


A karabin, którym Pawlak wymachiwał, pamiętacie? Jan Mularczyk rzeczywiście taki miał. I naprawdę „zamek mu wylatał”. Jak mówi pan Józef, gdy pociąg z przesiedleńcami zatrzymał się w Katowicach, żeby przesiąść się z szerokich torów na wąskie, jego ojciec spotkał znajomego, Michała Janiszewskiego służącego w wojsku jako rusznikarz. – Ukradł z zapasów wojskowych karabin i dał ojcu, bo przecież ten „jechał w nieznane”. Niestety, to był karabin nienaprawiony, więc zamek „wylatał” – relacjonuje senior rodu Mularczyków.  I szybko dodaje, że za to babcia Leonia, która jadącemu do sądu Pawlakowi daje granaty ze słowami: „Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie” to wymysł scenarzysty. Bo, jak mówi, jego babcia była wyjątkowo łagodnym człowiekiem. – Często się modliła – dodaje (...).


Nie ma za to wątpliwości co do jednego – jak Mularczyk (czyli filmowy Pawlak) rzeczywiście nie godził się na ślub swojego syna, Witii, z córką sąsiadów. Tyle że w tym przypadku chodziło o drugiego z synów – Stanisława. – Ojciec uważał, że ta panna jest nieodpowiednia dla jego syna, czyli mojego brata. Nigdy jej nie polubił, ale wnuki kochał. Musiał – wyjaśnia mój przewodnik po świecie „Samych swoich” (...).


Zenek Adamiec: Anię kocham i póki życia kochał będę.


Kazimierz Pawlak: Co? Oj, to już niedługo może być, jak palnę, to w powietrzu z głodu zdechnie!


Nie chcę zamęczyć seniora rodu Mularczyków pytaniami. Szczęśliwie na horyzoncie pojawia się inna osoba, której przygody znalazły się w filmie – Anna Krepska, wnuczka Pawlaka-Mularczyka, pierwowzór filmowej Ani (w rolę której wcieliła się Anna Dymna).


Pierwsze wydarzenie w filmie to wakacje, które spędzała u dziadka w Tymowej. Jak mówi, dziadek Jan czuł odpowiedzialność za nią. – A ja dojrzewałam, stawałam się panienką i cieszyłam się dużym powodzeniem. Dziadek często mawiał: „Nie dla psa kiełbasa, nie dla kota spyrka, nie dla takiego durnia Mularczyka córka...” – opowiada. – Bardzo mnie pilnował, żebym nie wychodziła. Ale nie brakowało mi fantazji – spałam w dużej sypialni, miałam zawsze otwarte okno, więc wieczorem jeździliśmy z moim najstarszym kuzynem na wszystkie okoliczne zabawy. Jak dziadek poszedł spać, wtedy przez okno wychodziłam. Wracałam nad ranem. Pewnego dnia wchodzę przez okno i słyszę, że w pokoju dziadka drzwi się otwierają, więc w tym pełnym umundurowaniu wskoczyłam pod pierzynę. W filmie jest też taka scena, jak dziadek sprawdzał z latarką, czy Ania śpi – opowieść toczy się płynnie, a ja od razu widzę jej odpowiednik filmowy. Kazimierz Pawlak, jak pamiętamy, koniecznie chciał, by to właśnie ukochana wnuczka Ania przejęła jego morgi.


– Dlaczego pani nie chciała dziadkowych mórg i pójść na studia na AkademiiRolniczej we Wrocławiu? – pytam.


– Ale ja chciałam przejąć dziadkowe gospodarstwo – zaskakuje mnie odpowiedzią moja rozmówczyni. – I poszłam na Akademię Rolnicza, tyle że na technologię rolno-spożywczą (...).


Dziadek był wyjątkowo barwną postacią, ale też człowiekiem trudnym we współżyciu. – Dla niego ziemia, konie, krowy, świnie były ważniejsze niż rodzina. (...) – opowiada pani Anna. – Za to babcia była łagodna, pogodna, dobra – przeciwieństwo dziadka.


Trudny charakter dziadka Jana najlepiej pokazują jego losy. Jak się okazuje, w rodzinie nie było żadnego stryja Johna, który potem został ojcem chrzestnym Ani. W Ameryce, ale Południowej, a konkretnie w Argentynie, był za to właśnie Jan Mularczyk. Dlaczego? Oddajmy głos jego wnuczce:


– Dziadek mieszkał w Boryczówce i tak się pokłócił z teściem, że postanowił wyjechać za chlebem do Argentyny. Siedem lat pracował w Argentynie na ranczu. Pisał listy, które zawsze zaczynały się w podobny sposób: „W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, amen. W pierwszych słowach mego listu pozdrawiam Cię...”. Tak też napisała moja babcia do swojego męża: „...w pierwszych słowach mego listu oświadczam Ci, że Twój teść zmarł...”. Dziadek, tak jak stał, nie czekając na wypłatę, pojechał do portu, żeby znaleźć statek, którym mógłby wrócić. Potem odebrał wypłatę i z pieniędzmi zaoszczędzonymi na kupno mórg ziemi wrócił (...).


Kazimierz Pawlak: No jakim prawem on mi na moje niebo wlata?!


A co z pastowaniem kabana? Ze sprzedawaniem konia? Z pędzeniem bimbru? Czasu by nie starczyło na wyjaśnienie wszystkich ciekawych wątków z życia Pawlaków i Karguli. I tak spędziłem wśród Mularczyków-Pawlaków kilka godzin. Jednak niebawem nadarzy się okazja, by wyjaśnić inne wątpliwości – we wrześniu mają się spotkać już w rodzinnym gronie. Zapraszają. Lekko licząc, to przynajmniej 100 osób (...).

MACIEJ SAS
ANGORA nr 29 (20 VII 2014r)