Najbardziej znany jest z trylogii "Sami swoi" , "Nie ma mocnych" i "Kochaj albo rzuć".Przez ostatnie kilkanaście lat Sylwester Chęciński zrealizował jednak zaledwie jeden film. Dlaczego?



Początkowo nie ma ochoty na rozmowę. Przekonuje, że nie jest w najlepszej kondycji, że nie chce o sobie mówić. Dopiero później okazuje się, że od niedawna walczy z chorobą. Spotykamy się we wrocławskim "Nowotelu". Siadamy przy barze, tym samym, przy którym przed laty realizował sceny do "Wielkiego Szu".
- Gdybym miał w tej chwili jakąś propozycję, tobym się w ogóle nie zastanawiał - mówi. - Rzuciłbym wszystko i wziął do roboty. W tym jest bowiem jakaś metoda. Jedyna. Dopóki człowiekowi pozwala fizyczność...
Urodził się w Suścu koło Tomaszowa Lubelskiego. Niedawno mieszkańcy tej miejscowości chcieli poświęcić mu tablicę pamiątkową, ale się nie zgodził. Dlaczego?
-Ciągle mam w sobie traumę ostatniej wojny - tłumaczy. - Ilu młodych ludzi z rodzinnej wsi zginęło zupełnie niepotrzebnie. Susiec ma własnych bohaterów, którzy tam zostali. Zrobiłem jakąś komedyjkę, która zaczęła żyć własnym życiem, ale to nie powód, by stawiać mi cokoły. To miłe, że o mnie pamiętają, ale bez przesady. Podobają mi się inicjatywy wójta i ta z tym parkiem...
Pochodził z niezamożnej rodziny. Chodził do różnych szkół w różnych miejscowościach. Po wojnie losy rzuciły go do Dzierżoniowa na Ziemiach Odzyskanych. I tam zrobił maturę. Na studia w łódzkiej Filmówce trafił, jak mówi, przez zupełny przypadek. Od dziecka związany był z amatorskim ruchem teatralnym. W szkole występował w różnych spektaklach. Lubił grać, ale nie było to jego pasją.
Kiedy w Dzierżoniowie powstał półzawodowy teatr, znalazł się w nim. W szkole był bowiem odpowiedzialny za kontakty z teatrami. - Przyglądałem się pracy na scenie i za kulisami. To był inny świat. Fascynujący. Dużo o tym myślałem, miałem swoje wizje. Więc, ktoś stwierdził: to zostań, chłopie, reżyserem. No i zostałem.
W jego egzamin na studia zaangażowali się nie tylko przyjaciele, ale cała klasa. - To były ogromne emocje. Kandydatów było wielu. Miałem świadomość, że porywam się z motyką na słońce. Nie czułem w sobie żadnego specjalnego powołania czy talentu. Ale udało się.
Miał szczęście. Choć początkowo wydawało się, że było inaczej. Na wakacyjną praktykę trafił do filmu oświatowego. A wszyscy chcieli terminować przy fabule, ewentualnie przy dokumencie. Oświatówka była na końcu.
- To była doskonała szkoła - wspomina. -Sporo dydaktyki. W trakcie zdjęć wiele się działo. W ciągu tygodnia zmieniano koncepcje, ludzi itp. W końcu pojawiła się ekipa z Wojciechem Hasem i Mieczysławem Jahodą. I zobaczyłem, jak te same treści, robione inaczej, nabierają charakteru. Wtedy zrozumiałem, że miałem szczęście, że czegoś się nauczę. Miało to ogromny wpływ na moje postrzeganie kina. To było coś, co
otworzyło mi oczy
na możliwości, sposób, różnorodność interpretacji.
Po studiach z kilkoma innymi kolegami otrzymał propozycję z wrocławskiej wytwórni filmowej. Zgodził się, gdyż dostali mieszkanie.
- To było szalenie ważne - podkreśla.
- Z tej szóstki po czasie ostałem się tylko ja.
Pierwszy jego film to "Zimowy zmierzch" w reżyserii Stanisława Lenartowicza. - Twórca zaproponował mi asystenturę, ale zabrakło II reżysera, więc siłą rzeczy stałem się kimś bardzo ważnym w ekipie.
Potem współpracował z Jerzym Passendorferem, a także z Andrzejem Wajdą. Jak zauważa, był wówczas pod ogromnym wrażeniem tej postaci. - Poznałem sposób widzenia, organizację kadru, kompozycji. To było nowe doświadczenie. Wajda to mistrz. Poza robieniem filmów, tworzył szkołę ich powstawania. Wydawało mi się, że biorę w tym udział.
Debiutował "Historią żółtej ciżemki". Otrzymał za nią nagrodę na festiwalu w Wenecji. Co najważniejsze jednak - miał widownię. - Bardzo to przeżyłem. Miałem świadomość, że ważna jest refleksja, przesłanie itd., ale najważniejsze, że film trafia do ludzi. To ogromna frajda i satysfakcja mówić do tysięcy, chociaż w tym wypadku były to w większości dzieci.
Potem szukał współczesnych historii. I nakręcił "Agnieszkę 46". Scenariusz napisał mu znany prozaik Wilhelm Mach. - Niestety, miałem sporo kłopotów, bo były problemy z wejściem tego obrazu na ekrany. Poruszał zbyt świeże sprawy.
Rok później zrealizował "Katastrofę", ale ten film według scenariusza Zbigniewa Kubikowskiego, nie dał mu satysfakcji, gdyż nie trafił do szerokiej widowni. Sukcesem natomiast okazali się "Sami swoi", fragment naszej historii najnowszej, komedia obyczajowa opowiadająca o zwaśnionych rodach zabużańskich chłopów, które zadawniony spór o miedzę przeniosły tuż po wojnie na Ziemie Zachodnie. Nigdy nie przypuszczał, że przygody Kargula i Pawlaka staną się ikoną polskiego filmu. - Inspiracją była audycja radiowa w reżyserii Andrzeja Łapickiego. Występował tam Pawlak, zarysowane były wątki. Zainteresowałem się tym. Andrzej Mularczyk przerobił scenariusz z radiowego na filmowy. Powstała niesamowicie interesująca historia losów, mentalności, kultury.
Początkowo w roli Pawlaka widział wybitnego aktora Jacka Woszczerowicza. - Do niego dobrałem Władysława Hańczę. Wtedy jednak okazało się, że Woszczerowicz, mimo że rola bardzo mu się podobała, nie może zagrać, bo ma problemy zdrowotne. Musiałem zatem szukać. Potrzebowałem choleryka, kogoś na tyle pobudliwego, że staje się niekontrolowanie szczery. A Wacław Kowalski występował w mojej "Agnieszce 46". Grał co prawda drugoplanową rolę, ale pamiętałem, że
miałem z nim kłopot.
Rozśmieszał mnie w sytuacjach dla filmu dramatycznych. Tłamsiłem wówczas w nim tę komiczną inklinację. Zdecydowałem się więc na niego.
Wtedy usłyszał, jak Wacław Kowalski cudownie mówi wschodnim dialektem, ale stwierdził również z przerażeniem, że inni aktorzy, w tym Władysław Hańcza, mieli z tym poważne kłopoty. - Brzmiało to strasznie i fałszywie. Zrozumiałem, że cały film musi być realizowany w tym dialekcie, albo wcale.
Dlatego też Kargulowi głosu użyczył Bolesław Płotnicki. Podobnie było z kilkoma innymi głównymi postaciami.
Przyznaje, że nigdy nie spodziewał się takiego sukcesu. - Bardzo chciałem, aby to było śmieszne. Humor w tym filmie polegał na prawdzie. Ludzi, sytuacji, rozmów, zachowań. Na początku jednak film nie był aż tak popularny. Odkryto go po pół roku. Rozpoczęły się dyskusje w telewizji, prasie. Pytano, dlaczego nie robię drugiej części. Wywierano na mnie presję. Nie bardzo chciałem, bo wiedziałem, że kolejna odsłona nie będzie już taka zabawna.
Zanim reżyser nakręcił dwie kolejne części - "Nie ma mocnych" w 1974 roku i "Kochaj albo rzuć" w 1977 roku - stanął za kamerą czterech obrazów, m.in. kryminału sensacyjno-szpiegowskiego "Tylko umarły odpowie". -To była forma odpoczynku - tłumaczy.
- Odreagowanie. Bez takiego napięcia, jak podczas realizacji "Samych swoich". Dobre filmowanie, a nie kreowanie scen, sytuacji. W moich produkcjach ogromną rolę grał aktor.
Na kontynuację losów Karguli i Pawlaków zdecydował się po siedmiu latach. Postawił jednak warunek, że będzie i trzeci film, rewizyta bohaterów w USA, gdzie zawsze bardzo chciał pojechać. Potem okazało się, że "Nie ma mocnych" ma większą widownię niż "Sami swoi", a wpływy z filmu są równe połowie rocznego budżetu Komitetu Kinematografii.
Kolejny sukces to "Wielki Szu", opowieść o karcianym oszuście, który po wyjściu z więzienia poszukuje swego następcy. To był kasowy przebój. Przyznaje, że w tym filmie były i osobiste akcenty, gdyż lubi hazard. - Grywałem w karty, więc zawarłem tam moje obserwacje, doświadczenia. Jednak geniusz tego filmu, o ile można tak powiedzieć, to znakomity scenariusz Jana Purzyckiego i genialne role Jana Nowickiego i Andrzeja Pieczyńskiego.
Tak duży sukces był dla niego szokiem. - Była zasada, że jeśli film po dwóch latach zwracał się finansowo, autor otrzymywał określone tantiemy. Już po trzech miesiącach od premiery dostałem czterokrotną kwotę tej stawki.
Robił kino komercyjne. Różnorodne jego filmy łączy jednak ważny wspólny element: w centrum uwagi pozostaje zawsze charakter człowieka. Jak napisał przed laty w 49 nr. "Filmu" Maciej Maniewski - "reżyser posiadł błyskotliwą umiejętność charakteryzowania bohaterów, obdarzając ich nie tylko bogactwem i złożonością cech, ujawniających się w dynamicznym działaniu, ale też dozą sympatii, którą przekazuje widzom. (...) Od początku Chęciński realizuje model kina popularnego, zawsze wspartego problematyką obyczajową i psychologiczną oraz bogactwem umiejętności warsztatowych".
- Nigdy nie mówiłem o wielkiej sztuce - stwierdza. - Zawsze satysfakcjonowały mnie pełne sale. Wszak film jest dla kogoś.
W międzyczasie proponowano mu kierownictwo w Zespołach Filmowych. Odmówił. Uważał, że nie nadaje się do takiej pracy, aczkolwiek przez kilka lat był zastępcą kierownika artystycznego.
Na kolejne dzieło reżysera trzeba było czekać dziewięć lat. Ale warto było. Wraz z "Rozmowami kontrolowanymi" powrócił bowiem na ekrany znany z "Misia" prezes klubu sportowego "Tęcza" Ryszard Ochódzki, grany przez Stanisława Tyma. " Wcześniej miałem jakieś propozycje, ale nie podobały mi się.
Za pieniędzmi nie goniłem.
Na życie wystarczało. Nie miałem presji, ale nade wszystko - dobrego scenariusza.
Tłumaczy, że nie obawiał się mitu Stanisława Barei. - Kiedy dostałem tekst Tyma, spodobał mi się. Dawał możliwości. Nie zrobiłem komedyjki, lecz film opowiadany poważnie, o poważnych sprawach i tym, co w nich było śmieszne. Tak właśnie widzę komedię.
Potem nastała pustka. Reżyser jakby zniknął. Przez wiele lat nie zrealizował żadnego obrazu. Pracował w Teatrze TV. Wyreżyserował kilka spektakli. - Dzięki temu żyłem, mogłem przetrwać. Otrzymywałem wiele propozycji, z kosztorysami i pieniędzmi, ale nie robiłem filmów. Scenariusze były słabe, nie odpowiadały mi. Było mi ciężko, lecz nie mogłem trafić na dobry scenariusz. Poza tym Wrocław wypadł z filmowego obiegu.
W 2005 roku podjął się realizacji obrazu "Przybyli ułani" w ramach cyklu TVP "Święta polskie". Niestety, obraz przeszedł bez echa, mimo że, jak twierdzi reżyser, miał dobrą widownię.
- Niestety, temat nikogo nie zainteresował. Nie chcę tego komentować. Przyznaje, że jest sporo dobrych scenariuszy, ale niestety, powstają one dla konkretnych osób. - Bardzo bym chciał jeszcze trafić na dobry tekst.

ANGORA
TOMASZ GAWIŃSKI