Jerzego Janeczka pamiętamy jako Witię, z trylogii "Sami swoi", "Nie ma mocnych" i "Kochaj albo rzuć". Co robi dzlsiaj?

 

Bez cienia gwiazdorstwa

 

   Występował w różnych teatrach, zagrał w blisko czterdziestu filmach. Zajmował się też kabaretem i teatrem jednego aktora. Nie wiodło mu się jednak tak, jak tego chciał, mimo wielkiej popularności, jaką zdobył rolą Witii. I zamienił niepewność w Polsce na niepewność w Ameryce.
  Niedawno przyjechał do Polski. Po dziewiętnastu latach pobytu w USA. Wrócił już na stałe. Dlatego nie za bardzo ma czas na spotkanie, na rozmowę. - Wie pan - mówi. - Muszę się tu zagospodarować, pozałatwiać wiele spraw, po prostu ułożyć sobie życie.
   W końcu się zgadza. Umawiamy się w Warszawie. Na spotkanie przychodzi z żoną Milą. Poznali się w Ameryce. Ona, też Polka, przebywała w USA sześć lat dłużej.
  Urodził się w Niemczech, w miejscowości Itzehoe. – Moich rodziców, którzy tam się poznali, wywieziono na przymusowe roboty – opowiada. – Po wojnie przyjechaliśmy do Polski. Osiedliliśmy się w małym miasteczku na Dolnym Śląsku, Żarowie koło Świdnicy. Wyrastałem więc obok repatriantów ze Wschodu, moimi sąsiadami byli ludzie zza Buga, mówiący z akcentem, co pomogło mi z pewnością w roli Witii.
  Po dziewięciu latach przeniósł się wraz z rodzicami na Śląsk, do Pszczyny. I to, jak podkreśla, jest jego rodzinne miasto. Tam zrobił maturę. Już w szkole średniej wiedział, że chce być aktorem.
   - Zdecydował o tym pewien moment w tym powojennym, robotniczym Żarowie. Do miasta przyjechał teatr z Wrocławia. Miałem sześć lat i bardzo chciałem zobaczyć to przedstawienie, którego tytułu już nawet nie pamiętam. Wystawiano je w świetlicy fabrycznej. Jakimś cudem dostałem się do środka i spektakl obserwowałem z zapartym tchem. To było jak magia. To wtedy zauroczyłem się teatrem.
   Zaczął występować. Grał w szkole podstawowej i średniej, a także w zespołach amatorskich. Przez rok był operatorem jednoosobowego kina objazdowego. Wieczorami, po lekcjach, kilka razy w tygodniu jeździł pociągami po śląskich miejscowościach z ciężkim projektorem. Wyświetlał filmy, a także kroniki filmowe, m.in. dla sanatoriów i repatriantów ze Wschodu. Nie brał za to pieniędzy.
   Po maturze zdawał do szkoły aktorskiej w Warszawie. Za pierwszym razem jednak się nie dostał. Jak wspomina, miał świadomość, że był zupełnie nieprzygotowany.
   Po powrocie na Śląsk przez rok pracował w księgowości w "Społem". - Do dziś

 

jest dobry w rozliczeniach

   - wtrąca z uśmiechem żona. Potem rozpoczął studia w Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego w Katowicach, gdyż kolejna próba dostania się do szkoły aktorskiej, tym razem w Krakowie, zakończyła się niepowodzeniem. - Sport pasjonował mnie od dziecka. Zostało mi to zresztą do dzisiaj.
   Studiując w WSWF, zdawał trzeci raz na studia aktorskie. Tym razem do PWSFTViT w Łodzi. I udało się. Pierwsze, epizodyczne role zagrał już na pierwszym roku. W filmie Janusza Weycherta "Cierpkie głogi" i u Ewy i Czesława Petelskich w obrazie "Don Gabriel". Nie było to jednak mile widziane przez profesorów, którzy uważali, że aktor musi najpierw skończyć studia. Po drugim roku wystąpił już w "Samych swoich". - Pierwszy poważny film i pierwsza poważna rola.
   Zanim rozpoczęły się zdjęcia, przez dwa tygodnie trenował jazdę konną w Książu, koło Wałbrzycha. Nie było łatwo, gdyż wcześniej nie jeździł konno. Był jednak po roku studiów na WSWF, co, jak zaznacza, na pewno się przydało. Zdjęcia trwały cztery miesiące. Całe wakacje. Nawet sceny zimowe kręcono w lipcu. - Na planie było wielu znakomitych aktorów. Traktowałem ich z wielkim respektem, odczuwało się hierarchię ważności.
   Jak zauważa, film realizowany był w poczuciu niepewności. - Nie wiedzieliśmy, czy się spodoba. Nie wszyscy byli przekonani, że ta tematyka, problem repatriantów, zainteresuje szerszą widownię. Widzowie byli wtedy zafascynowani atrakcyjną współczesnością Zachodu, a nie prostym życiem. Tak naprawdę, poza reżyserem, chyba nikt w to nie wierzył.
  Stało się jednak inaczej. Film wywołał ogromne zainteresowanie. Publiczność oszalała. I choć może nie od razu, ale z pewnością film "Sami swoi" stał się jednym z najpopularniejszych powojennych obrazów. Kultowa komedia. I tak jest do dzisiaj. - Genialny scenariusz, genialne ludzkie charaktery, znakomite dialogi i sytuacje oraz doskonali aktorzy.
  Jedna z głównych ról i wielka popularność w tak młodym wieku nie zmieniły jednak jego natury. - Ani przez moment nie było mi w głowie czuć się wielkim aktorem. Dostałem dużą lekcję pokory. Praca na planie była mordercza, od rana do wieczora. Wróciłem na studia bez cienia gwiazdorstwa. A w środowisku, na uczelni nie odczułem jakiejś euforii. Studenci fascynowali się w owym czasie czymś innym, nowymi kierunkami w światowej kinematografii
  Potem też nie czuł sukcesu tego filmu. Otrzymywał bowiem tylko niewielkie role.
  Ale popularność dała mu się we znaki. Już po obronie dyplomu, gdy trafił do pracy w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu, nie mógł swobodnie wyjść na ulice. - Krępowało mnie to, czułem zażenowanie. Wybrałem to miasto, dlatego że było mi bliskie, właśnie przez ten film.
  Po dwóch latach przeniósł się do Kalisza, do teatru kierowanego przez Izabelę Cywińską. Tam zrozumiał, że nie wystarczy być dobrym aktorem, ale należy jeszcze grać w dobrym zespole, w dobrym teatrze, u dobrego reżysera. Kiedy po trzech latach Izabela Cywińska odchodziła do Poznania, zabrała ze sobą prawie cały zespół. On też mógł iść, lecz po namowie kolegi Jarosława Kuszewskiego wybrał Koszalin. Występował tam trzy lata. Ale jeszcze będąc w Kaliszu, zagrał w "W nie ma mocnych". - Obawialiśmy się, że druga część nie będzie już tak dobra, jak pierwsza. Grałem dojrzałą postać. Ale to nie była duża rola. Podobnie jak w "Kochaj albo rzuć".
  W tym samym czasie wystąpił w kilku innych filmach. Zagrał m.in. jedną z głównych ról w filmie Andrzeja Jerzego Piotrowskiego "Szerokiej drogi, kochanie". Po Koszalinie

trafił do stolicy.

  W Warszawie występował na różnych scenach. Najpierw w Teatrze Popularnym, potem (przez dwa lata) u Tadeusza Łomnickiego w Teatrze na Woli. Grał też w spektaklach Teatru Telewizji i w kilku filmach. Ponadto sam reżyserował na scenach w Gdyni i Olsztynie. - To była próba sił. Sprawdzenie siebie.
  W 1981 roku wyjechał do Chicago w USA. Na zaproszenie rodziny. I tam zastał go stan wojenny. - Jechałem na kilka miesięcy, zostałem dłużej. Półtora roku. Pracowałem w stolarni, a potem w drukarni. Nie mogłem jednak żyć bez teatru. Wraz z grupą polskich aktorów, którzy tam byli, założyliśmy Teatr Dramatyczny. Pierwszy spektakl "Zmiana warty", na podstawie mojego scenariusza, nawiązywał do stanu wojennego i przepełniony był pieśniami patriotycznymi. Występowaliśmy społecznie, w weekendy, w szkolnych salach teatralnych.
  W końcu zdecydował, że wraca do kraju. Zatrudnienie znalazł w Teatrze Dramatycznym, kierowanym przez Jana Pawła Gawlika, a potem przez Marka Okopińskiego. Występował tam przez trzy lata, do objęcia funkcji dyrektora przez Zbigniewa Zapasiewicza. - On miał własną wizję teatru opartego na młodych i zwolnił połowę zespołu. Mnie także. Zostałem bez pracy. Sytuacja w teatrach była dramatyczna. Wszędzie redukcje.
  Zajął się teatrem jednego aktora i związał się z kabaretem. Z trzema kolegami objechał cały kraj. Reżyserował też spektakle dla dzieci, dla prywatnych agencji. Rzadkie wizyty w domu sprawiły, że jego małżeństwo rozpadło się. Był już po rozwodzie, kiedy słynny impresario polonijny Jan Wojewódka zaprosił kabaret do USA. Po kilku tygodniach zdecydował, że zostaje w Chicago. - Chciałem pobyć tam kilka miesięcy. Odpocząć od moich problemów. Miałem tam rodzinę, więc było gdzie mieszkać. Wtedy poznałem Milę i plany zostały podporządkowane nowym celom. Ciągle myślałem o powrocie, ale czas tak szybko leci, że jak się zorientowałem, minęło wiele lat.
  Po pół roku pobytu w USA przeprowadził się do Seattle. O karierze w Hollywood i na Broadwayu nawet nie marzył, był realistą. Trzeba było żyć, przeprofilować się. Na początku imał się różnych prac. Pomagało mu wiele osób. Pracował m.in. przy wykańczaniu domów. Potem zajął się konserwacją starych mebli. I do końca swojego pobytu za oceanem pracował w tym zawodzie, będąc jednocześnie ekspertem w wycenie szkód dla jednej z sieci handlowych w tej dziedzinie.
  - Mąż jest człowiekiem, dla którego nie ma problemu przekwalifikowania się - mówi Mila Janeczek. - Uczy się do perfekcji, wciela w nową rolę i bardzo angażuje. Tam wielu aktorów, emigrantów ma trudności w znalezieniu nowego zawodu. A on nie tylko sam pracował, ale motywował innych, inspirował.
  Pracował ciężko i dużo. Ale nie tylko. Sporo razem podróżowali, zwiedzali Amerykę. Nie chciał jednak rezygnować z artystycznych ambicji. - Zorganizowałem grupę, tym razem trochę mniej zawodową i utworzyliśmy zespół "Scena na 18". Dom Polski mieścił się bowiem w Seattle przy ulicy 18. To był amatorski teatr dla Polonii. Nasze przedstawienia oglądali Polacy w Kanadzie i w stanach Waszyngton i Oregon.
  Pisał też scenariusze. Do Polski przywiózł je w kilku kartonach. - A w teatrze w Seattle grał dla frajdy, dla środowiska. Do tego nawet dokładał.
  Oboje przyznają, że po dziesięciu latach pobytu w Ameryce byli zdecydowani, by wracać. - Dużo o tym myśleliśmy, ale

nie byliśmy gotowi

  - stwierdza żona. - Wciąż brakowało pieniędzy. Co roku odwiedzaliśmy Polskę, czasami nawet dwa razy do roku, przy okazji załatwiając małe sprawy potrzebne w przyszłości.
  Decyzje o ostatecznym powrocie podjęli siedem lat temu. Trzeba było załatwić wszelkie formalności, mieszkanie itd.
  - Nasz powrót należało dobrze przygotować. Potrzebny był punkt zaczepienia. Znaleźliśmy go w Bielsku-Białej, bo tam mamy rodzinę. Kiedy grunt był już gotowy, wróciliśmy. Wiedzieliśmy, że jesteśmy już nasyceni Ameryką. Podczas odwiedzin w kraju wielokrotnie pytał o pracę w teatrach. Niestety, było coraz gorzej. - Nastały nowe czasy i w świecie artystycznym, aktorskim trudno dziś znaleźć zajęcie.
  Wrócili w maju tego roku. Jak mówią, najbliższy rok zajmą im sprawy przygotowania sobie miejsca do życia.
  Kilkanaście lat temu kupili siedlisko w Petrykozach, na Mazowszu, w miejscowości, gdzie mieszka Wojciech Siemion. - To była nasza więź z krajem. Mieliśmy świadomość, że mamy coś własnego, że mamy do czego wracać. Jest plan, aby tam osiąść w przyszłości. Na razie się przymierzamy, bo osiedlenie się tam na stałe wiąże się z dużymi wydatkami.
  A praca? - Na razie jestem oszołomiony obowiązkami, które na mnie spadły z tytułu osiedlenia się w ojczyźnie. Mimo że byliśmy w kraju tak często, wiele rzeczy nas zaskakuje. Za wcześnie, aby wejść do teatru i pytać o pracę. Doszedłem już do takiego stanu, że sam wolałbym coś zaproponować, robić, co potrafię i nie być skazanym na łaskę dyrektorów. Ale gdyby pojawiła się propozycja filmowa, jestem otwarty.

 

TOMASZ GAWIŃSKI
ANGORA nr.31 (03.08.2008)