40 lat podchodzą do płota

 

Temat przesiedlenia milionów ludzi na nowe ziemie dawał wielkie komediowe możliwości - wspomina reżyser najsłynniejszej polskiej komedii "Sami swoi" po 40 latach od premiery

 

Sylwester Chęciński: Andrzej Mularczyk przyniósł scenariusz pt. "I było święto" do zespołu Iluzjon, w którym pracowałem. Jego szef Czesław Petelski dał mi go. Zachwycił mnie tekst inspirowany opowieściami stryja Mularczyka, zabużanina. Dowcipny i o wsi, a mnie wydawało się, że wiem o niej wszystko. Pochodzę ze wsi, z Suśćca, gdzie mówiono dialektem, nie tak mocnym jak w filmie, ale też słychać było kresowy zaśpiew. Miałem tę historię we krwi.

Życzliwi przestrzegali: "Stary, po co ty się bierzesz za wiochę?". Właśnie wchodziły do naszych kin amerykańskie filmy z seksownymi dziewczynami, a ja zabierałem się za nieogolonego chłopa w gaciach handryczącego się o kota. W tamtych czasach filmy o polskiej wsi były koszmarne, ze stylizowaną gwarą, propagandowym wizerunkiem.


To dlaczego pan wziął tę historię?

- Bo temat przesiedlenia kilku milionów ludzi na nowe ziemie dawał wielkie komediowe możliwości. Zobaczyłem energię osadników, inicjatywę, pęd do walki o swoje. U siebie, na kresach, walczyli o dwa palce miedzy, a na zachodzie ziemi było pod dostatkiem. A oni nadal kłócili się o te dwa palce. Przenieśli zabużańską mentalność w nowe warunki. I tak rodziły się pełne absurdu sytuacje.

Kontrast Pawlaka i Kargula był od początku w scenariuszu?

- Był pomysł, konstrukcja Fredrowskiej "Zemsty". Ale postaci były tylko szkicami.

Podobno Pawlaka miał zagrać Jacek Woszczerowicz?

- Tak, ale był już wtedy chory i nie ruszał się z Warszawy. Przypomniałem sobie o Kowalskim, który wcześniej zagrał u mnie w "Agnieszce '46". Śmieszył mnie tam bardzo, choć grał scenę dramatyczną. Wacek Kowalski to był uśmiech losu. Gdy usłyszałem, jak on mówi! Pochodził z Janowa Podlaskiego, zaśpiew miał zapisany w kodzie genetycznym. Nie do podrobienia, krew filmu. Mały zadziora, piorun, choleryk. Wacek był dotąd aktorem epizodycznym. W przeciwieństwie do Hańczy, aktora z wielkim głosem, wspaniałą posturą. Ale na planie Kowalski był nauczycielem języka dla Hańczy, który i tak nie mógł sobie poradzić z dialektem.

I to głos Bolesława Płotnickiego jako Kargula słyszymy w filmie.

- To nie była łatwa decyzja. Bardzo szanowałem Hańczę i lubiłem, a miałem mu zabrać głos? Tak wybitnemu aktorowi? Początkujący reżyser? Trafił jednak na jakiś czas do szpitala i wykorzystałem to niecnie. Miał do mnie żal.

Pamięta pan wrzesień przed 40 laty?

- Wychodziłem z warszawskiego kina Moskwa, było ciemno i chyba padał śnieg... Ale jak to możliwe - śnieg we wrześniu?

A na widowni?

- Śmiali się. Film chyba trafił w swój czas. Do lat 60. temat wędrówki ludów z utraconych po wojnie kresów na ziemie zachodnie był przemilczany. "Sami swoi" budzili nostalgię.

Chciałem, żeby to było coś więcej niż dobra komedia. Pierwszy, który upewnił mnie, że tak jest, był Zdzisław Karczewski, filmowy John Pawlak. Po pokazie roboczym huknął mi w ucho: "Synu, czy ty wiesz, coś ty zrobił?".

Złożył pan cenzurze daninę?

- Jest trochę wazeliny paskudnej, jak peerelowskie hasło wyborcze "trzy razy tak".

Skąd pan wie, co będzie śmieszyć widza?

- Fenomen rozśmieszania zawsze mnie fascynował. Jestem ponurakiem, jak już coś mnie rozśmieszy, to znaczy, że jest bardzo śmieszne. Komedia się nie uda, jeśli nie ma solidnego scenariusza. Choć powstaje na planie - tam buduje się charaktery, sytuacje, dialogi.

Obserwowałem, jak Kowalski się śmieje, wzrusza, chodzi. W scenie strzelania do kota miał podejść do płotu po karabin. Jak on ruszył z wściekłością i te jego krótkie nóżki przebierały szybko po ziemi, takie niepoważne, a tułów niósł tak godnie! To przeniosłem mu karabin 20 metrów dalej. Żeby musiał tak iść przez całe podwórze.

Raz biedziliśmy się z kwestią, gdzie po raz nie wiedzieć który padał zwrot: "Coś ty, zdurniał?". Szukaliśmy mozolnie jakiegoś autentycznego ekwiwalentu gwarowego. Aż nagle gospodarz, u którego kręciliśmy w zagrodzie, rzucił: "Panie Chęciński, a może być - zaczadział "?

Powiedzonka - jak "podejdź no do płota" - weszły do powszedniego obiegu. Szyldu "Sami swoi" używa telefonia komórkowa, sieć knajp, kiełbasy, festiwal komedii w Lubomierzu. Ludzie pielgrzymują do zagród w Dobrzykowicach...

- I trwa spór. Dobrzykowice, gdzie kręciliśmy półtora miesiąca, kłócą się z Lubomierzem, gdzie kręciliśmy cztery dni. Podobno Lubomierz ukradł płot Dobrzykowicom i wciąż nie ustalono, kto jest w posiadaniu potomków filmowego kota.

Przepis na dobrą komedię?

- Za lekkością dobrej komedii skrywa się drobiazgowa praca. Chaplin pracował nad jednym skeczem kilka lat.



Źródło: Gazeta Wyborcza