Dariusz Koźlenko. Reportażysta, studiował filozofię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Dziennikarz "Ozonu", "Dziennika", "Newsweeka". Miłośnik sportów ekstremalnych: latał na szybowcach, skakał ze spadochronem, był na wyprawie w Himalajach. W 2003 roku pojechał jako korespondent na wojnę do Iraku. Współautor książki "Leo zawodowiec. Jak Beenhakker odmienił Polaków." Publikuje w tygodniku "Polityka" oraz "Plusie i Minusie", dodatku "Rzeczpospolitej".
 

"Sami swoi" od kuchni. Wszyscy na planie widzieli, że Kowalski chłopem jest, a Hańcza chłopa udaje
 

Kiedy Wacław Kowalski, czyli Pawlak, wziął tekst i przeczytał kilka kwestii w kresowym dialekcie, Sylwester Chęciński zrozumiał, że to jest to, że ludzie z Krużewnik tak właśnie muszą mówić. Ale co zrobić, jeśli inni aktorzy nie potrafią? Na to i wiele innych pytań odpowiada w książce "Sami swoi. Za kulisami komedii wszech czasów" Dariusz Koźlenko.

 


Kamera ustawiona na przednią szybę taksówki patrzy na wszystkich od tyłu. Pawlak, jego żona Mania, dwaj synowie - Witia i Pawełek, żona Witii - Jadźka, dwoje dzieci i taksówkarz, czyli Warszawiak - wszyscy pochyleni nad otwartą maską samochodu, który nie chce odpalić. Pawełek sugeruje, że to gaźnik, Witia proponuje, żeby popchać, a Warszawiak upiera się, że wóz sam pojedzie, bo od tego ma motor. Po chwili wszyscy pakują się do środka - Pawlak obok kierowcy, reszta z tyłu. Zaczyna się trwająca półtorej minuty milcząca scena, podczas której Warszawiak grzebie w stacyjce, próbując uruchomić samochód, a Pawlak daje mały popis pantomimy: przeczesuje włosy, poprawia krawat, doradza taksówkarzowi, odwraca się zdenerwowany, krzyczy coś do tych z tyłu, spogląda na zegarek, ociera pot z czoła. Nie ulega wątpliwości, że Kowalski wiedzie w tej milczącej scenie prym. To na nim skupiona jest cała uwaga widza, ale reszta nie siedzi bezczynnie. Każdy coś dodaje od siebie - Jadźka wachluje się torebką, Witia kapeluszem, Warszawiak cały czas próbuje odpalić silnik i od czasu do czasu spogląda przepraszająco. Dziewięćdziesiąt pełnych gestykulacji sekund.

Milcząca scena w taksówce jest pierwszą sceną filmu. Zdjęcia do niej kręcone były koło Czernicy, niedaleko stacji kolejowej, gdzie rodzina Pawlaków wita powracającego z Ameryki Jaśka. Obie sceny kręcone były tego samego dnia, jedna po drugiej. Zaraz po nich (też w tym samym dniu i też w pobliżu stacji) kręcona była scena, w której Witia dostrzega z pociągu Kargulową Mućkę.

W pierwszych dwóch scenach Jerzy Janeczek grał Witię z czasu dla filmu teraźniejszego (przyjazd Jaśka z Ameryki), w trzeciej Witię z czasów retrospekcji. Ten pierwszy Witia, teraźniejszy, jest mężem Jadźki i ojcem malutkiej Ani. Ten drugi, z retrospekcji, młodym kawalerem odkrywającym w sobie dopiero co rodzące się uczucie do córki Kargula. Witia teraźniejszy ma włosy przyprószone siwizną i wąsy, Witia z retrospekcji siwizny ani wąsów nie ma.

- Musiałem szybko przeistoczyć się ze starszego Witii w młodszego - wspomina Janeczek. - Niby nic trudnego, ale trzeba pamiętać, że to były lata sześćdziesiąte. Dziś najlepsi aktorzy albo ci, którzy mają najlepszych agentów, odpoczywają między ujęciami w luksusowych przyczepach kempingowych, przeznaczonych tylko dla nich. Inni, którzy akurat nie grają głównych ról albo mają gorszych agentów, relaksują się w wygodnych autokarach, a na planie jest wszystko, czego potrzebują. My takich luksusów nie mieliśmy. Kiedy skończyliśmy scenę powitania, poprosiłem gospodarzy najbliższego domu o miskę z wodą. Na planie wszystko już było gotowe do kolejnego ujęcia, więc odkleiłem wąsy, szybko zmyłem siwiznę, ale włosy wciąż miałem mokre, nie mogłem stanąć przed kamerą. Suszarek nie było, ale wśród gapiów obserwujących pracę na planie był motocyklista. Poprosiłem go o pomoc. Usiadłem za nim na motorze, oczywiście bez kasku, a on jeździł ze mną w tę i z powrotem, aż mi włosy wyschły.

Takie były czasy, nikt z tego problemu nie robił. A tym bardziej Janeczek, który właśnie skończył drugi rok studiów i jeszcze kilka tygodni wcześniej nie myślał o roli w jakimkolwiek filmie. Miał wakacje, udało mu się załatwić wczasy i właśnie wybierał się do Ustki. Na szczęście wpadł jeszcze na jeden dzień do Łodzi, chyba po ubranie, jeśli dobrze pamięta. Spotkał kolegów z roku, którzy w Łodzi mieszkali. Powiedzieli mu, że przyjechał facet z Wrocławia, bo we Wrocławiu robią jakiś film i potrzebują pary młodych ludzi - dziewczyny i chłopaka. Facet czeka na chętnych w wytwórni filmów fabularnych na Łąkowej.

Poszli w sześciu. Facet popatrzył na nich i zdecydował, że na zdjęcia próbne do Wrocławia zabierze ze sobą trzech. Janeczka wśród wybranych nie było. Wprawdzie facet powiedział mu, żeby przyniósł swoje fotografie, ale wiadomo było, że to tylko takie gadanie. Wyglądało na to, że Janeczek do roli nie pasuje. I wtedy jeden z jego kolegów poprosił, żeby wziąć ich wszystkich, bo to dla nich szansa, fajne doświadczenie. Wtedy jeszcze za zdjęcia próbne aktorom się płaciło, co prawda tylko połowę stawki, ale zawsze, do tego zwrot kosztów podróży, więc jechać chcieli wszyscy. Facet się zgodził.

Tym facetem był Gerard Zalewski, drugi reżyser "Samych swoich".

Po zdjęciach próbnych Janeczek pojechał do Ustki. Na wszelki wypadek zostawił Zalewskiemu adres, pod którym można go było znaleźć. I dobrze zrobił, bo po paru dniach dostał telegram, by ponownie przyjechał na zdjęcia. Tym razem chodziło o próbne zdjęcia z kandydatkami do roli Jadźki. Decyzja, że Janeczek zagra Witię, już zapadła, teraz chodziło o to, by dobrać mu odpowiednią partnerkę.

Gdy Ilona Kuśmierska dostała zaproszenie na casting do filmu "I było święto" - jak brzmiał roboczy tytuł "Samych swoich" - była po pierwszym roku studiów na warszawskiej PWST. Zaraz po castingu pojechała z rodzicami na Węgry. Zaplanowali wypoczynek nad Balatonem, ale po drodze wpadli na kilka dni do Budapesztu. I tam, na jednym z mostów, spotkała znajomego, który właśnie przyjechał z Polski. Od niego dowiedziała się, że wrocławska wytwórnia poszukuje jej przez radio i prosi o kontakt. Z najbliższej poczty zadzwoniła do Wrocławia, dowiedziała się, że musi wracać, bo dostała rolę i lada dzień zaczną się zdjęcia. Rodzice zostali w Budapeszcie, ona wsiadła w pociąg do Polski.

Nie była debiutantką jak jej filmowy partner. Właśnie w tym roku, kiedy rozpoczęły się zdjęcia do "Samych swoich", premierę miał film o prostym i jednoznacznym tytule: "Lenin w Polsce". To ciąg wspomnień Lenina z jego pobytu w Poroninie - mamy więc w nim Nadieżdę Krupską, jej matkę, mamy młodziutką góralkę Ulkę i historię jej tragicznej miłości do Andrzeja, pastucha prześladowanego przez austriackich żandarmów.

Ulkę, sierotę wychowywaną w domu Lenina, jedną z głównych postaci filmu, zagrała Ilona Kuśmierska. Ona, debiutantka, wtedy jeszcze uczennica szkoły średniej, wystąpiła w doborowym towarzystwie u boku Edmunda Fettinga, Ludwika Benoit, Tadeusza Fijewskiego, Gustawa Lutkiewicza, Kazimierza Rudzkiego i Jaremy Stępowskiego. To, że film dostał pierwszą nagrodę na Wszechzwiązkowym Festiwalu Filmowym w Kijowie, raczej nie dziwi. Ale to, że krótko przed rozpoczęciem zdjęć do "Samych swoich" Ilona Kuśmierska była z ekipą na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes, gdzie Siergiej Jutkiewicz odebrał nagrodę jury za reżyserię, budzi szacunek. W każdym razie było co opowiadać i czym się pochwalić.

Ale nie z tego powodu Sylwester Chęciński zdecydował się powierzyć Kuśmierskiej rolę w swoim filmie. - Jadźka miała w "Samych swoich" jedno zadanie: była po to, by można było pokazać rodzące się między młodymi ludźmi uczucie - mówi Chęciński, dla którego historia rodzącego się uczucia była ważna. Widział w niej szansę na ożywienie postaci, czuł, że można tym uczuciem grać, że znajdzie w nim dowcip, niejednoznaczność, że będzie to rodzaj lepiszcza sklejającego całą historię Pawlaków i Kargulów. - Dlatego ważne były walory fizyczne Jadźki. I Ilona je miała, i z przodu, i z tyłu, wszystko niewulgarne, był w tym wdzięk. Świetnie to wszystko zagrało: w filmie ona ma piętnaście, czy szesnaście lat, Witia siedemnaście, może osiemnaście, i każde z nich udaje dorosłego. Wydaje im się, że uczucia, które się w nich rodzą, są niewidoczne, że oni je świetnie ukrywają, a to wszystko jest na wierzchu, wszystko widać jak na dłoni, wszystko jest żywe, prawdziwe. W tym właśnie zobaczyłem piękno. (...)

Chęciński od początku zdawał sobie sprawę, że zrobienie dobrej wiejskiej komedii to zadanie trudne, nawet bardzo. Żeby podołać wyzwaniu, przy obsadzie głównych ról starał się sięgać po aktorów z najwyższej półki. Stąd Hańcza [Władysław, filmowy Kargul - przyp. red.] i pomysł na Jacka Woszczerowicza [przymierzany do roli Pawlaka - przyp. red.]. Stąd Aleksander Fogiel, znany z "Krzyżaków" Aleksandra Forda, w których zagrał Maćka z Bogdańca. Chęciński pracował z nim na planie swojego poprzedniego filmu "Agnieszka 46", a w "Samych swoich" powierzył mu rolę sołtysa. Fogiel wywiązał się z tego zadania świetnie.

Stąd Maria Zbyszewska, prywatnie żona Ludwika Benoit, matka Mariusza Benoit, gwiazda wrocławskiego Teatru Rozmaitości. Również z nią Chęciński pracował w "Agnieszce 46" i zastanawiając się nad obsadą filmu, przymierzył ją do roli spokojnej i wyważonej żony Pawlaka. Trafił w dziesiątkę. Zbyszewska, podobnie jak Kowalski, jej filmowy mąż, w "Samych swoich" zagrała rolę życia. (...)

Patrząc teraz na tę pierwszą, milczącą scenę filmu, na gestykulującego Pawlaka, uśmiecha się, bo przypomina sobie, że te wszystkie gesty, tę całą pantomimę Kowalski wymyślił sam. On, Chęciński, niczego mu nie podpowiadał. Oczywiście zanim ruszyła kamera rozmawiali, Chęciński tłumaczył Kowalskiemu, że w tej scenie musi być zdenerwowany, podniecony, bo przecież za chwilę spotka się z bratem, którego nie widział wiele lat. Ale dał mu swobodę, powiedział, że nie będzie się wtrącał, niech Kowalski zagra jak chce, jak mu w duszy gra. I zagrał.

Potem, gdy samochód nie odpala i rodzina postanawia iść na stację kolejową pieszo, na skróty, przez pola, Pawlak podwija nogawki, żeby nie ubrudzić spodni. Nikt inny tego nie robi, tylko on. Chęciński znów się uśmiecha, bo to też Kowalski sam wymyślił. Już taki był, wymyślał przez cały czas, nie było sceny, do której nie chciałby czegoś dodać, czegoś ulepszyć. Ruchliwy, cały czas w biegu, chwilami denerwujący, nawet nieznośny. - Czasami mieliśmy siebie dość, ja jego, a on mnie - przyznaje Chęciński. - Mówiłem, że kończymy scenę, nie rozbudowujemy jej więcej, a wtedy on wymyślał i robił coś takiego, że mi cała złość na niego mijała. I kręciliśmy dalej.

Ten ślepy zaułek, w który zabrnął, to też sprawka Kowalskiego. Chęciński bierze do ręki pilota i zatrzymuje film. Trudno rozmawiać, patrząc na Pawlaka, trudno się skupić, słuchając jego śpiewnej kresowej mowy. A tu trzeba dłuższych wyjaśnień, bo rzecz dotyczy właśnie języka, problemu skomplikowanego. Więc włączamy pauzę, by nas Pawlak nie rozpraszał. Swoje już zrobił, już namieszał. I to zanim jeszcze ruszyła kamera.

Problem, tłumaczy Chęciński, narodził się jeszcze przed pierwszymi zdjęciami, w dniu, w którym Kowalski wziął tekst i przeczytał kilka kwestii w kresowym dialekcie. To było cudowne, zupełnie inne tempo, inna gramatyka. Kiedy Chęciński go usłyszał, zrozumiał, że to jest to, że ludzie z Krużewnik tak właśnie muszą mówić, nie inaczej. I od razu pojawił się problem, bo szukając obsady, zwraca się uwagę na wiele rzeczy, na wiarygodność sceny, sytuacji, bohatera, dialogu. I według tego klucza on i jego asystenci szukali aktorów. A tu nagle, już po skompletowaniu zespołu, rosną wymagania. Bo brat, syn, żona czy matka nie tylko muszą być podobni fizycznie, ale muszą mówić podobnie, bo jak to, w rodzinie każdy inaczej gada? To samo z sąsiadami. Kargul nie mógł inaczej mówić niż Pawlak, a jak Hańcza spróbował coś z tym zaśpiewem powiedzieć, to Chęciński o mało nie osiwiał z rozpaczy. Zrozumiał, że wszystko mu się wali.

Ale inaczej się nie dało, nie mógł nagle zacząć dobierać aktorów pod kątem tego, czy potrafi mówić jak kresowiak, czy nie. Nie tylko to było ważne.

Weźmy choćby babcię Pawlaczkę. Kiedy Chęciński zobaczył Natalię Szymańską, zachwycił się nią. Miała w twarzy taką zaciętość, taki upór, że od razu wiedział - nikt inny nie będzie lepiej pasował do Kowalskiego. Przy obsadzaniu ról wychodzi się od jednej sceny, potem wyobraża sobie następne - jak aktor zagra w tej, a jak w tamtej, i kiedy wyobraził sobie jej dialogi z synem, to już nie mógł się jej wyrzec. Za żaden, nawet najpiękniejszy kresowy akcent. Nawet to, że nie była najlepszą aktorką, nie skłoniło go do rezygnacji. Urzekło go, że był między tymi postaciami jakiś kontakt, jakaś wiarygodność. Za każdym razem, kiedy na nią patrzył, widział w niej matkę Pawlaka. Mógł obsadzić w tej roli inne aktorki, lepsze, z większym doświadczeniem filmowym, ale wiedział, że tylko Szymańska daje mu to, co w tej postaci najważniejsze - prawdziwość. A ponieważ ona też nie mówiła dialektem, zrozumiał, że to nie jest tylko problem Hańczy, że to problem szerszy. I że ten problem musi jakoś rozwiązać.

Długo nie wiedział jak. Nie miał wielkiego doświadczenia jako reżyser, więc w pewnym momencie powiedział sobie, że nie zwraca na to uwagi, robi swoje, a rozwiązanie prędzej czy później się znajdzie. Musi się znaleźć. I znalazło się: postsynchrony. Choć nie była to decyzja łatwa.

Nie machnął ręką i nie powiedział od razu, że te wszystkie problemy z językiem pozałatwia sobie w postsynchronach. Nie, to był długi i bolesny proces, dojrzewał do tego stopniowo. Między innymi dlatego, że decyzja o podkładaniu głosów jest decyzją dla aktorów bolesną. Bo kiedy odbiera się aktorowi głos, zabiera mu się część jego postaci, okalecza ją. Odebranie głosu to zgłoszenie wobec pracy aktora wotum nieufności, więc nieuniknione są dąsy, niesnaski. Ale innego rozwiązania niż postsynchrony nie było. - Jakby teraz sięgnąć do archiwum i zobaczyć ten film bez postsynchronów - kręci głową Chęciński. - Każdy mówił po swojemu, to było nie do zaakceptowania. (...)

W przypadku Witii i Jadźki dubbing nie był potrzebny, bo Chęciński doszedł do wniosku, że u dzieci kresowiaków brak akcentu nie będzie raził, więc ani od nich nie wymagał, by tak mówili, ani nie planował dubbingu. Ale nieoczekiwanie okazało się, że w przypadku Jadźki był potrzebny. Z innego powodu.

- Zdjęcia zakończyły się w wakacje 1966 roku - wspomina Ilona Kuśmierska. - W październiku zaczęłam drugi rok studiów. Minął miesiąc i do dziekanatu przyszedł list z wrocławskiej wytwórni z prośbą o zwolnienie mnie na postsynchrony do filmu "Sami swoi". Zaczęło się piekło. Zostałam wezwana na dywanik do dziekana i usłyszałam, że nie miałam prawa bez pozwolenia grać w filmie. Granie w filmie nie mieściło się w ówczesnym programie warszawskiej szkoły teatralnej. I chociaż w końcu darowano mi przewinienie, na postsynchrony nie pojechałam. Głosu mojej Jadźce musiała użyczyć Elżbieta Kępińska.

Chęciński przyznaje, że do postsynchronów dojrzewał długo, ale kiedy już dojrzał, dostrzegł przed sobą nowe możliwości. Kiedy nie mógł czegoś wyciągnąć z aktora, machał ręką, odpuszczał. Zakładał, że ten, kto będzie podkładał głos, da tej postaci to, czego nie mógł na planie uzyskać od aktora. I tak się stało, chociaż przyznaje, że sporo w tym wszystkim było szczęścia.

- Szczęściem było na przykład to, że ktoś mi powiedział o pani Irenie Malkiewicz-Domańskiej. (...) Przyjechała. Wchodzi, a ja widzę, że nic z tego nie będzie, bo mam przed sobą prawdziwą damę, gwiazdę - przed wojną ze swoim ówczesnym mężem Jerzym Pichelskim stanowili parę amantów. Więc dziękuję, że przyjechała, mówię, że to świetnie, że może spróbujemy coś nagrać, ale już myślę, jak się z tego wycofać. Ona patrzy na te nakręcone sceny i pyta: no to pod kogo mam tu podłożyć głos? No, pod matkę Pawlaka, mówię. Aha, no proszę bardzo, proszę bardzo, mówi i pyta: a skąd ona, znaczy się matka, jest. Więc tłumaczę, że muszę tak celować z tymi dialogami, żeby i ci spod Wilna, i ci spod Lwowa uważali, że to jest ich. I że mam z tym trochę problemów, na przykład z imionami, bo pod Wilnem jest Kaziuk, a pod Lwowem - Kaźmierz. No, ale to trudno przeskoczyć. Ona słucha, słucha i znowu: aha. A potem usiadła i jak powiedziała To było coś takiego, że nagle zobaczyłem, że mam film. Bo tak się tylko mówi, zrobimy postsynchrony i problem z głowy. To jest bardzo trudne, żeby trafić z właściwym głosem. Więc jak ją usłyszałem, omal z fotela nie spadłem. Bo w myślach już widziałem, jak ona robi następny dialog, i następny, i wiedziałem, że ona z tego zrobi arcydziełko. I zrobiła. Gdyby nie ona, byłoby źle, bo z całym szacunkiem dla pani Szymańskiej, cierpieliśmy jak jej słuchaliśmy, bardzo źle mówiła. Nie miała wyczucia. Na początku myślałem, że jakoś to będzie, bo urzekła mnie jej twarz, ale twarz to nie wszystko, głos jest niezwykle ważny. Gdyby nie Malkiewicz-Domańska, która cudownie pogłębiła tę postać, nic by z tego nie było.

Problem był też z Kargulem, bo Hańcza nie dopuszczał myśli, by grana przez niego postać mówiła innym głosem. Starał się więc dorównać Kowalskiemu, ale wszyscy na planie widzieli, że - mówiąc obrazowo - Kowalski chłopem jest, a Hańcza chłopa udaje. Starał się mówić kresową gwarą, ale nie wychodziło. Więc kiedy po ostatnich zdjęciach musiał iść do szpitala na zabieg, Chęciński skwapliwie skorzystał z jego nieobecności. Zatrudnił Bolesława Płotnickiego, który podłożył głos pod Kargula. Do końca utrzymywał jednak, że zrobił to przede wszystkim z powodu niedyspozycji zdrowotnej Hańczy.

Trudno powiedzieć, czy Hańcza w to uwierzył, ale gdy wyszedł ze szpitala, nie powiedział ani słowa, choć z pewnością go to dotknęło. Jego aktorska duma ucierpiała, ale nie obraził się albo nie dał tego po sobie poznać. Za to kiedy siedem lat później zaczynali zdjęcia do "Nie ma mocnych", Hańcza, który nie przywykł do porażek, postawił warunek, że zagra, jeśli Kargul będzie mówił jego głosem. I trzeba przyznać, że tym razem opanował sztukę mówienia do perfekcji. Płotnicki w następnych częściach nie był już potrzebny.

 

 

Książka Dariusza Koźlenki "Sami swoi. Za kulisami komedii wszech czasów" jest dostępna w www.Publio.pl