Ja jeszcze za dolary nie umierał

Reportaż z realizacji filmu „Big Deal”

 

 

We wnęce z lila draperią stoi półotwarta trumna, dookoła sztuczne kwiaty w masywnych wazonach.

Pogrzeb po amerykańsku. Umarł John Pawlak z CHICAGO. Ten sam, który w „Samych swoich” wysiadł z walizką na stacyjce na Dolnym Śląsku. Grał go Zdzisław Karczewski. Teraz w filmie „Big Deal” Kargule i Pawlaki wybierają się do Ameryki – okazuje się że jadą prosto na pogrzeb.

- Pogrzeb wygląda tu w ten sposób, że najpierw wszyscy siedzą sobie na kawce, potem tu przychodzą siadają na tych białych, wyściełanych krzesełkach i włącza się muzyka z taśmy.

Jest to połączenie kaplicy z buduarem, naprzeciwko siebie wiszą „Amor i Psyche” i św. Teresa z różami w pseudo rokokowej ramie. Trumna jest wyściełana pomarańczowo i jasno z góry oświetlona. Ktoś się do niej położy za 1000 złotych. Kto? Tajemnica. Na podium scenografka ze zdjęciami w ręku i inne panie, dyskutują o klęczniku.

- Powinien być klęcznik. Jeżeli ktoś będzie chciał klęknąć, musi mieć na czym.

- Jest taki zwyczaj, że obchodzi się trumnę naokoło. Panie zdecydowały – zabierają aleosy, robią klęcznik.

- Widzisz jak ładnie.

Mężczyzna wnosi kołdrę.

- Po co ta kołdra?

- Żeby komuś, kto tu się położy , było miękko.

- Tylko niech pan ją przewróci na żółtą stronę.

Tylna ściana kaplicy uniosła się na chwilę do góry i ukazał się za nią drugi salon, trochę mniejszy, z wielkim pejzażem na ścianie. To jeleń. Na kanapach siedzą panowie i panie – rozpoznaję Marię Żabczyńską – czekają na zdjęcia. Pod owalnym lustrem kolorowo ubrany elegant – śpi. Mijam panią w kapeluszu-ogrodzie, wychodzę na korytarz: i tu panuje kolor lila. Na końcu korytarza niespodziewanie witraż „pikas”.

Z boku, w sąsiedniej hali, czeka dużo ludzi, z dziećmi. Jest transparent POLISH YOUTH ORGANISATION RZESZOWIACY, a naprzeciw – nie od razu widoczna, bo oko gubi się w szczegółach – scena. Na scenie dekoracja przedstawiająca „białą chatę pod słomiany dach”.

Dwa plakaty. Na jednym: Jan Wojewódka prezentuje Teatrzyk Piosenki Lekarzy z Polski w programie pt. „NA ZDROWIE!” 1000 piosenek. Audytorium św. Trójcy. Godz. 2.30 po poł.

Drugi reklamuje wycieczkę Orbisu z Polski do USA na Boże Narodzenie. Cena tylko 364 dol. Dzieci płacą 200 dol. Zaproś na te piękniejsze święta swoich rodziców, braci, siostry, przyjaciół i znajomych. Zapraszamy! Zapraszamy!

Wracam do pierwszej hali. Zagłębiam się w dekoracje. Salon za salonem, wszystko to jest domem pogrzebowym, ale – charakterystyczne – domem polskim. Wszędzie lila story i lambrekiny. Przemieszanie stylu biedermeier z pikasem. W Chicago jest takich domów wiele i jak mówi reżyser dekoracja nie tylko nie jest przesadzona, ale tam wygląda to jeszcze egzotyczniej. Dalej – kawiarenka. Za nią – kącik zabawek dla dzieci z kolorowymi mebelkami, czołgami i sztucznym psem. I to też nie jest dowcipem scenografa. Naprawdę to tak wygląda. W kącie wisi obraz – URSUS niesie omdlałą Ligię. Na ścianie – kolekcja zegarów, najróżniejszych. Jeden ze złotymi promieniami jak monstrancja, zaczyna bić cicho i matowo (elektryczny).

Oświetlili siedzące towarzystwo oranżowo – zielonkawym światłem. Zaraz będzie scena z Pawlakiem.

A może to nie temat na święta? Chociaż – dlaczego? Kino zawsze kochało śmierci i pogrzeby. Parodiuje je i magicznie oswaja.

 

O czym rozmawiają statyści?

 

Starsi państwo nieprzerwanie gadają i gadać tak będą do nocy, niezależnie od tego, czy obfotografują ich czy nie. Podają im kawę. Przechodzi pan z fajką, bardzo amerykański w wyglądzie. Jest to Bob Lewandowski, jedna ze znaczniejszych postaci Polonii, najpopularniejszy prezenter polskiej rozgłośni w Chicago. I drugi pan, o trójkątnej, pomarszczonej twarzy, chwilami jakby podobny do Henry Fondy. Asystent powiedział do niego coś po angielsku. To jest pan Józef Słowik, reżyser sezonowego teatru polskiego w Chicago, tu gra mistrza ceremonii, zwanego w scenopisie stroicielem. Reżyser Chęciński bierze go pod ramię:

- Ja teraz jestem tu za pana Kowalskiego. Pawlak denerwuje się, że nikogo od nich jeszcze nie ma. I w tym momencie podchodzi stroiciel… ale czy pan mnie dobrze rozumie, panie Józefie? Podchodzi pan do niego i mówi: Trzeba zaczynać, it s time. A Pawlak: Może jeszcze trochę poczekać? Może ją znajdą? I zaraz pan przechodzi do swojego tematu. A właściwy pana temat to pomnik z marmuru.

- Ah, marmor monument.

- How much – pan zapyta, no a dalej to już pan musi po polsku.

Podsłuchuję, co mówi reżyser, ale zagłuszają go siedzący bliżej dwaj panowie z kawami. Rozmawiają o demokracji szlacheckiej, a potem o jakimś żyrandolu z alabastru. Operator Samosiuk wymierza plan centymetrem. Pojawia się Wacław Kowalski, mały Pawlak, na czarno, trochę niedbale ubrany. Drepce, spogląda na drzwi. Od tyłu podklejają je pergaminem i podświetlają. Podchodzi stroiciel. Pawlak mówi:

- Poczekajmy jeszcze kapkie, może jo odnajdo?

Były cztery próby tego dialogu. Chodzi o ustawienie obu wobec kamery, pod jakim kątem przyjść, pod jakim odejść. Odległość od kamery – ten plan jest za duży, a ten już jest funkcjonalny.

Siwi panowie, którzy rozmawiali o demokracji i o niezdyscyplinowaniu narodu, zostali rozdzieleni – jednego zabrał asystent. Drugi został postawiony pod drzwiami z Amerykaninem z fajką. Dają im następne kawy, a ten – od razu korzysta z okazji i wszczyna rozmowę.

- Panowie, rozmawiajcie w czasie zdjęcia, teraz to nam przeszkadza.

Siwy, szczupły odkłania się reżyserowi, leciutko urażony – i dalej mówi po cichu, ale słyszę:

- Gdzie pan był?

Amerykanin:

- Altengrabow, Stalag 10-A

- Ach, to byliśmy razem.

- Ja jestem z powstania, z dywizji żoliborskiej.

- Ja też, ze Sródmieścia. Potem obóz.

- Byłem tam gdzie Gałczyński. Potem szpital, potem pieszo do Lubeki, Skończyłem w Lubece.

Inny siwy aktor w czerwonej kamizelce fotografuje różne osoby z planu, dla siebie, własnym aparatem. Pawlak powtarza swoje:

- Poczekajmy jeszcze kapkie, może jo odnajdo…

Reżyser chwali.

- Robimy zdjęcie.

A ci, przy drzwiach:

- I później już popłynąłem: Szwajcaria, Francja, no i wylądowałem w Ameryce. Mam 55 lat.

- Ile? - siwy pan nie dosłuszał.

Reżyser mówi:

- Do kopiowania. Będzie powtórka.

A ci:

- Grecja...Palestyna...Francja...Irlandia…

- Byłem bardzo lekko ranny. 7 kilometrów dalej w Altengrabow był Gałczyński, dowiedział się o mnie, że młody aktor, i ściągnął mnie do tego szpitala.

- A pamięta pan, jak Żabiński opowiadał nam na dobranoc różne historie, do snu?

Filmowcy tymczasem nakręcili cztery duble. Przerwa. Asystent zadziera głowę i woła:

- Zgasić ten kolor podniecający!

 

Pawlak i stroiciel

 

Kamera przenosi się w drugi koniec salonu. Teraz będzie dalszy ciąg ujęcia. Pawlak – stroiciel. Pawlak idzie, a za nim stroiciel ze swoim tematem:

- Ile u was kosztuje pomnik z marmuru?

- Skąd wiedzieć? - mówi Pawlak, ale zajęty jest czymś innym, patrzy na drzwi, czy jego przyszli. Naraz pyta stroiciela trzeżwo:

- Po rządowej cenie?

- Nie, za bony, Pekao.

Siadają. Pawlak:

- Ja jeszcze za dolary nie umierał…

- A nie znalazłbyś dla mnie w kraju ładna kwatera – przymila się stroiciel.

- Brzózki, jaśminy, bzy pachnące, tam się dobrze wypoczywa. Nie to co tu.

Stroiciel uśmiechnięty.

- Tam żyć, a tu umierać! - pomylił się, poprawia:

- Tu żyć, a tam umierać!

Nie jest to łatwa scena. Powinna być dowcipna, ale też każdy gest musi być funkcjonalny. Śmieszne, ale i z nutką czegoś nieśmiesznego.

Na kanapie tuż obok siedzą aktorki z tła.

- Ja płaczę, kiedy to czytam, ale muszę czytać.

- Kwiat naszej młodzieży…

- Dla mnie to zbyt tragiczne.

- A ja już 30 lat chodzę na ten grób, jedyne dziecko, jedyna radość życia.

- Jak można było te dzieci nie uzbrojone na to wszystko puścić?

- Pani nie pali? Poczęstuję panią cukierkiem.

Nad kanapą pochyla się mąż jednej z pań.

- Słuchaj, to jest właśnie pięknego Żabczyńskiego żona.

- Niedawno był film z nim w telewizji.

- No i jeszcze się jakoś ruszamy.

Przychodzą młodzi, dziewczyny teraz takie drobne, zadbane, dożywione.

- No, my Polacy lubimy dobrze zjeść – mówi pani poprawiając sobie włosy.

I nagle w tym momencie któryś zegar z kolekcji na ścianie zaczyna bić. Reżyser przerywa próbę, wszyscy czekają aż zegar przestanie. A on nic. Bije głucho i krótko, bam – bam. Piętnaście razy, dwadzieścia.

- Może za dużo światła na niego poszło?

- Rusz wskazówką!

Chęciński porusza. Zegar na chwilę ucichł. Znów zaczął.

Przestał. Próba trwa. Pan Słowik myli się:

A nie znalazłbyś dla mnie ładny kwiat...kwaterę...kwiaterek – mówi w końcu.

Chęciński: Dobrze, nie przejmować się. Na uśmiechu, ale troszkę skromniejszym. Troszkę melancholii.

- A ile u was kosztuje – brnie dalej w polszczyznę pan Józef (script-girl mu podpowiada) – ile u was kosztuje jedna… stopa ziemi?

Pawlak z machnięciem ręki:

- Tu stopa, tam kremacja, dogadać się nie możem.

Na dywanie, wokół kamery – a właściwie pod kamerą tłok. Leżą: mikrofoniarz, dziewczyna z wielką księgą scenopisu, reżyser.

- Pan Słowik wciąż za duży uśmiech. Wacek też. Więcej melancholii.

 

 

Tadeusz Sobolewski

Magazyn Ilustrowany FILM

26.12.1976

1/1